Alert24, a za nim inne serwisy, poinformował dzisiaj o kolejnych zwolnieniach w tytule Polska The Times (Polskapresse), z czego wysnuto wniosek, że tytuł upada. Tak twierdzą anonimowi informatorzy... W takim wypadku trudno nie brać pod uwagę aspektu konkurencji, bo przecież Alert24 należy do Agory. Zwolnień dokonuje się dzisiaj też w samej Agorze, Rzeczpospolitej, Axlu, znamy sytuację łączenia Dziennika z Gazetą Prawną (oczekiwanie na zgodę UOKiK, raczej formalną), w telewizjach i innych mediach. Pytanie więc, czy rzeczywiście serwisy, które podały informację o zamknięciu Polski, mają na tyle sprawdzone informacje. W tzw. „Warszawie” nie jest wielką tajemnicą, że do Polski przejść mają duże nazwiska dziennikarskie związane dotąd z Dziennikiem. Pisały o tym równiez serwisy branżowe.
Mam nadzieję, że informacja o transeferach dziennikarzy jest dużo bliższa prawdy niż informacje o zamknięciu. Byłoby to wielka strata dla rynku. Konkurencja jest zawsze zjawiskiem pozytywnym. Byłaby to też ogromna strata z punktu widzenia obywatelskiego, bo regionalne i lokalne tytuły są potrzebne naszej ciągle młodej demokracji, jak powietrze potrzebne jest nam do życia. W przeciwnym razie będziemy mieli do czynienia z informacjami regionalnymi i lokalnymi całkowicie tworzonymi w centrali, opierającymi się na źródłach "warszawskich". W takich warunkach jej odbiorca postrzegany jest raczej jako klient niż jako czytelnik i obywatel. Tytuły te wpisane są w naszą tradycję, bliższe są codziennych spraw, które nas bolą lub cieszą…, bo chodnik jest zbyt długo remontowany, przedszkole nie dostało pieniędzy z gminy, rada chce przegłosować nowy plan zagospodarowania przestrzennego w naszej miejscowości, a uczniowie z naszej szkoły zostali nagrodzeniu w konkursie wojewódzkim.
Oby nie sprowadzało się to do rozwiązań, o których pisałem przy okazji książki Erica Klinenberga. Opisywał on zabicie lokalnego dziennikarstwa poprzez zastępowania radia mówionego radiem wyłącznie komputerowym, z jedną centralą pracująca dla bardzo wielu rozgłośni.
Jeżeli nie będziemy mieli gazet o silnym zakorzenieniu regionalnym, to zdani będziemy na lokalne gazety wydawane przez urzędy, czyli zależne w pełni od władzy. Podobne rozwiązania dotyczą też rynku radiowego, gdzie koncesje należą do władz samorządowych. O tyle to absurdalne, że radio o niezależności może w takim przypadku zapomnieć.
Dochodzi jeszcze aspekt jakości dziennikarstwa. Nawet jeżeli bardzo na nią dzisiaj narzekamy, to lepiej ją ulepszać, niż "zabić". A głosy żądające tego drugiego nie są tak znowu nieczęste wśród głoszących rewolucję w mediach. Trzymać więc trzeba kciuki za wydawnictwa, by, nie tracąc najakośći, potrafiły stawać się multimediami.
A może metodę na skuteczność i przetrwanie gazet papierowych, opisaną na blogu przez Marka Millera, prowadzącą przez niszowość, trzeba wprowadzać w zycie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo lokalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo lokalne. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 30 lipca 2009
poniedziałek, 30 marca 2009
Lokalne dziennikarstwo z oddali - komputer zamiast człowieka
Jeżeli ktoś uważa system medialny w Stanach Zjednoczonych – stolicy wolnego słowa – za wzorcowy, to się myli. Radykalnie postępująca konsolidacja amerykańskich mediów i debata wokół niej jak w soczewce skupia problemy współczesnego rynku medialnego, z którymi przyjdzie się zmierzyć być może również Polsce. Przede wszystkim odnoszą się one do misji dziennikarstwa lokalnego.
18 stycznia 2002 roku, około godziny 1.39 w nocy pociąg Canadian Pacific Railway, ciągnący 112 wagonów i wiozący niebezpieczne chemikalia wykoleja się w okolicy miasta Minot w Północnej Dakocie. Trucizna szybko się rozprzestrzenia, tworząc chmurę obejmującą swoim zasięgiem prawie połowę domów uśpionego miasta. Ludzie zaczynają się dusić. Spanikowani włączają nerwowo odbiorniki radiowe i telewizyjne w poszukiwaniu alarmowych informacji. Opisem tego tragicznego wydarzenia rozpoczyna się książka Erica Klingenberga „Fighting for air”. Wydarzenie przytaczane przez Klinenberga, wykładowcę Uniwersytetu Nowojorskiego, pokazało słabość amerykańskich mediów, zdominowanych przez duże koncerny, oderwanych od lokalnych społeczności. W konsekwencji wypadku w Minot, ponad 330 osób poddanych zostało pilnej terapii, ponad tysiąc osób znalazło się pod specjalną opieką lekarską przez kolejne tygodnie. Nie wiadomo jakie inne skutki zatrucia ponosić będą mieszkańcy w przyszłości.
Prawo z czasów zimnej wojny
18 stycznia 2002 roku, około godziny 1.39 w nocy pociąg Canadian Pacific Railway, ciągnący 112 wagonów i wiozący niebezpieczne chemikalia wykoleja się w okolicy miasta Minot w Północnej Dakocie. Trucizna szybko się rozprzestrzenia, tworząc chmurę obejmującą swoim zasięgiem prawie połowę domów uśpionego miasta. Ludzie zaczynają się dusić. Spanikowani włączają nerwowo odbiorniki radiowe i telewizyjne w poszukiwaniu alarmowych informacji. Opisem tego tragicznego wydarzenia rozpoczyna się książka Erica Klingenberga „Fighting for air”. Wydarzenie przytaczane przez Klinenberga, wykładowcę Uniwersytetu Nowojorskiego, pokazało słabość amerykańskich mediów, zdominowanych przez duże koncerny, oderwanych od lokalnych społeczności. W konsekwencji wypadku w Minot, ponad 330 osób poddanych zostało pilnej terapii, ponad tysiąc osób znalazło się pod specjalną opieką lekarską przez kolejne tygodnie. Nie wiadomo jakie inne skutki zatrucia ponosić będą mieszkańcy w przyszłości.
Prawo z czasów zimnej wojny
Od czasów zimnej wojny w USA media posiadają specjalne obowiązki wprowadzone w 1951 rok przez prezydenta Trumana i modyfikowane od tamtej pory wielokrotnie. W skrócie polegają one na automatycznej możliwości wykorzystania stacji radiowych i telewizyjnych do przekazywania przez właściwe służby i władze terenowe informacji alarmowych. W tym wypadku wyznaczona do tego stacja, należąca do największej na rynku radiowym korporacji, nie zadziałała. Techniczny błąd systemu zbiegł się ze zlekceważeniem ze strony zarządzających radiostacją. Mieszkańcy, zamiast usłyszeć komunikaty instruujące ich, w jaki sposób zabezpieczyć mieszkania i rodziny przed trującym gazem, słyszeli wyłącznie muzykę rozrywkową.
Nie można się więc dziwić, że problemy mediów traktowane są w Stanach Zjednoczonych śmiertelnie poważnie. Styczniową audycję telewizji PBS o koncentracji właścicielskiej na rynku mediów poprzedza obszerny reportaż dotyczący tragicznego w skutkach huraganu Katrina, który pochłonął w 2005 roku ponad 1200 ofiar. Przedstawia w nim bohaterską i służebną postawę lokalnego i tworzonego przez pasjonatów radia w Hanckock County w stanie Missisipi, którzy przez cały czas trwania cyklonu i powodzi, przebywając w samym centrum huraganu, przekazywali nieustannie informacje alarmowe, ogłoszenia i organizowali wzajemną pomoc mieszkańców. Robili to, ponieważ dramat dotyczył ich rodzin, przyjaciół, domów i dobytków całego życia. Żadna z komercyjnych i należących do gigantów rynkowych stacja nie mogła wykonać tego zadania, gdyż ich redakcje oddalone są od takich miejsc dziesiątki i setki kilometrów. Nawet jeżeli włączają się w akcję pomocy, to nie mogą być skutecznie na równi z doskonale znającymi lokalną specyfikę mediami lokalnymi.
Lokalne radio centralnie sterowane
Eric Klingenberg udowadnia, że koncentracja stała się niebezpieczna dla demokracji. Stacje telewizyjne i radiowe, ale także prasa, należące do potentatów rynkowych nie wywiązują się z podstawowych obowiązków dziennikarskich, jakim jest rzetelne informowanie opinii publicznej o wydarzeniach dotyczących ich miasta, miejscowości i faktach mających wpływ na życie mieszkańców. Podobne przykłady jak ten przytoczony na początku zdarzają się częściej. Małe media lokalne wielokrotnie stawały się w sytuacjach kryzysowych największym motorem ratunkowym, pozwalającym uniknąć paniki. W stacjach należących do potentatów dziennikarze w terenie nie są potrzebni, bo przy radykalnych zmianach formatów, stosuje się specyficzny outsourcing w produkcji informacji, nawet tych lokalnych, które stają się przez to ogólne i tracą na jakości. Audycje przygotowywane są przez centrale oddalone o kilkadziesiąt i kilkaset kilometrów od miast, których dotyczą, emocjonalnie oderwane od lokalności. W celu redukcji kosztów zatrudnia się lektorów nagrywających wielogodzinne audycje dla różnych miast. Zdarzają się przypadki sztucznie podawanych informacji mających zmylić mieszkańców, co do miejsca ich powstawania. Główny zarzut opiera się jednak na fakcie skrajnej komercjalizacji mediów posiadanych przez koncerny. Przedstawiciele biznesu wcale nie ukrywają swoich intencji. W wywiadzie, jakiego udzielił the Wall Street Journal kilka lat temu były prezes Clear Channel Randy Michaels, porównał działalność swojego koncernu do McDonalda: „W niektórych regionach kraju można dostać [w McDonaldzie] pizzę, w innych kurczaka, ale wszędzie jest Big Mac. Ciągle poszukujemy jak zastosować tę zasadę w radiu”. Takie myślenie nie dziwi w kraju, gdzie organizator przerywa nawet mecze NBA w celach reklamowych, co – jak wszystko – ma swoje wady i zalety. Przekaz dziennikarski traktowany jest jak produkcja contentu do idealnie sformatowanego produktu, dla którego poszukuje się reklamodawców. Lokalne dziennikarstwo i dziennikarstwo śledcze, wymagające stałego patrzenia na ręce instytucjom państwa i administracji w terenie, wymagające konsekwencji, wsparcia finansowego i instytucjonalnego, obumierają, bo są zbyt kosztowne. Rozwój Internetu, blogów i stron aktywistów społecznych nie są w stanie zastąpić profesjonalnych redakcji. W czasie trwającego na rynku mediów kryzysu temat staje się jeszcze bardziej aktualny niż kiedykolwiek.
Czy opisany przez Klinenberga mechanizm umierania dziennikarstwa lokalnego dotyczy wyłącznie Stanów Zjednoczonych?
Nie można się więc dziwić, że problemy mediów traktowane są w Stanach Zjednoczonych śmiertelnie poważnie. Styczniową audycję telewizji PBS o koncentracji właścicielskiej na rynku mediów poprzedza obszerny reportaż dotyczący tragicznego w skutkach huraganu Katrina, który pochłonął w 2005 roku ponad 1200 ofiar. Przedstawia w nim bohaterską i służebną postawę lokalnego i tworzonego przez pasjonatów radia w Hanckock County w stanie Missisipi, którzy przez cały czas trwania cyklonu i powodzi, przebywając w samym centrum huraganu, przekazywali nieustannie informacje alarmowe, ogłoszenia i organizowali wzajemną pomoc mieszkańców. Robili to, ponieważ dramat dotyczył ich rodzin, przyjaciół, domów i dobytków całego życia. Żadna z komercyjnych i należących do gigantów rynkowych stacja nie mogła wykonać tego zadania, gdyż ich redakcje oddalone są od takich miejsc dziesiątki i setki kilometrów. Nawet jeżeli włączają się w akcję pomocy, to nie mogą być skutecznie na równi z doskonale znającymi lokalną specyfikę mediami lokalnymi.
Lokalne radio centralnie sterowane
Eric Klingenberg udowadnia, że koncentracja stała się niebezpieczna dla demokracji. Stacje telewizyjne i radiowe, ale także prasa, należące do potentatów rynkowych nie wywiązują się z podstawowych obowiązków dziennikarskich, jakim jest rzetelne informowanie opinii publicznej o wydarzeniach dotyczących ich miasta, miejscowości i faktach mających wpływ na życie mieszkańców. Podobne przykłady jak ten przytoczony na początku zdarzają się częściej. Małe media lokalne wielokrotnie stawały się w sytuacjach kryzysowych największym motorem ratunkowym, pozwalającym uniknąć paniki. W stacjach należących do potentatów dziennikarze w terenie nie są potrzebni, bo przy radykalnych zmianach formatów, stosuje się specyficzny outsourcing w produkcji informacji, nawet tych lokalnych, które stają się przez to ogólne i tracą na jakości. Audycje przygotowywane są przez centrale oddalone o kilkadziesiąt i kilkaset kilometrów od miast, których dotyczą, emocjonalnie oderwane od lokalności. W celu redukcji kosztów zatrudnia się lektorów nagrywających wielogodzinne audycje dla różnych miast. Zdarzają się przypadki sztucznie podawanych informacji mających zmylić mieszkańców, co do miejsca ich powstawania. Główny zarzut opiera się jednak na fakcie skrajnej komercjalizacji mediów posiadanych przez koncerny. Przedstawiciele biznesu wcale nie ukrywają swoich intencji. W wywiadzie, jakiego udzielił the Wall Street Journal kilka lat temu były prezes Clear Channel Randy Michaels, porównał działalność swojego koncernu do McDonalda: „W niektórych regionach kraju można dostać [w McDonaldzie] pizzę, w innych kurczaka, ale wszędzie jest Big Mac. Ciągle poszukujemy jak zastosować tę zasadę w radiu”. Takie myślenie nie dziwi w kraju, gdzie organizator przerywa nawet mecze NBA w celach reklamowych, co – jak wszystko – ma swoje wady i zalety. Przekaz dziennikarski traktowany jest jak produkcja contentu do idealnie sformatowanego produktu, dla którego poszukuje się reklamodawców. Lokalne dziennikarstwo i dziennikarstwo śledcze, wymagające stałego patrzenia na ręce instytucjom państwa i administracji w terenie, wymagające konsekwencji, wsparcia finansowego i instytucjonalnego, obumierają, bo są zbyt kosztowne. Rozwój Internetu, blogów i stron aktywistów społecznych nie są w stanie zastąpić profesjonalnych redakcji. W czasie trwającego na rynku mediów kryzysu temat staje się jeszcze bardziej aktualny niż kiedykolwiek.
Czy opisany przez Klinenberga mechanizm umierania dziennikarstwa lokalnego dotyczy wyłącznie Stanów Zjednoczonych?
Subskrybuj:
Posty (Atom)