Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 grudnia 2009

Czego PR-owców może nauczyć polityka?

Pewnie niektórym z Was pytanie to wydaje się dziwne. Przywykliśmy raczej na politykę narzekać. Twierdzę jednak, że w obszarze komunikacji polityka potrafi wykorzystywać pewne narzędzia i taktyki jako pierwsza, a przez to również kreować trendy. Największym przykładem jest kampania Baracka Obamy, które opisuje w swojej najnowszej książce Manuel Castells – wpis 1 i 2. Również w Polsce, wystarczy spojrzeć na odwagę sięgania po narzędzia social media. To prawda, że wiele z nich wykorzystywanych jest dość płytko, powierzchownie, bez świadomości przenikania się narzędzi i potrzeby integralnych działań. Ale jednak.

Z pewnością powodem jest naturalna potrzeba komunikowania się z wyborcami, od których zależy los polityków. Powodem jest silne zainteresowanie wszystkich mediów, co wymusza na politykach umiejętność budowania relacji i radzenia sobie z komunikacją.
Moje osobiste doświadczenia wskazują mi też kilka wartości, które płyną z obszaru życia publicznego. Dzisiaj o jednej z nich. Jest nią tempo pracy, które coraz częściej odbywa się w czasie rzeczywistym. W polityce nauczyć można się rozumienia czynnika czasu jak nigdzie indziej. Jeżeli spóźnimy się z odpowiedzią na zarzuty lub nie wyprzedzimy konkurencji, to nieprzychylna dla nas interpretacja weźmie górę i poniesie nas w złym kierunku. Natychmiastowe reagowanie na dziejące się wydarzenia jest domeną sfery publicznej. W niej media wymuszają takie zachowania. Inaczej przegrywa się. Z tym wiąże się również moja własna historia.

Raporty sms – NOWOŚĆ 2004, rewolucja 2005

Kiedy w latach 2003-2005 pracowałem w Sejmie, w celu szybkiego reagowania na wydarzenia wprowadziliśmy jako jedyne biuro prasowe (kierowałem nim wtedy) system smsowego raportowania doniesień prasowych ze wszystkich mediów. Specjalną usługę wykupić można było u operatora, zbudować różne bazy danych, a następnie nimi zarządzać targetując komunikat. To początek otrzymywania przez dziennikarzy zaproszeń na konferencje i briefingi drogą smsową. Nie twierdzę oczywiście, że wcześniej nikt nie zapraszał smsami dziennikarzy, robić to musiał jednak wyłącznie ręcznie lub korzystać z darmowych bramek, które raz działały lepiej, a raz gorzej. Metodycznie nie robił tego wtedy nikt. Niby tak niedawno, a okazuje się, że tak dawno… Dzięki takiej formie komunikacji łatwiej zarządzać było sytuacjami kryzysowymi poprzez przesyłanie posłom informacji ze stanowiskami, instrukcjami odsyłania do liderów danych tematów, etc.
Kiedy w 2005 roku zostałem rzecznikiem rządu i pracowałem z Centrum Informacyjnym Rządu, okazało się, że CIR monitorujący media niemalże 24h na dobę raportuje o efektach tego monitoringu 3 razy dziennie w specjalnych analizach dostarczanych na biurka ministrów. Czynił tak zespół jednego z wydziałów CIR, o którym jeszcze za moment. Dobrze pamiętam pierwszy tydzień rzecznikowania. Była sobota. Jechałem samochodem, słuchając Radia Zet. Usłyszałem w serwisie informację za Gazetą Wyborczą, że w planie pracy rządu minister spraw zagranicznych wpisał temat tarczy antyrakietowej, ujawniając delikatną „tajemnicę” rządu (tak brzmiał zarzut gazety). Było około godziny 10.00. Natychmiast pojechałem do Kancelarii (KPRM) zorganizować cykl briefingów i ustalić stan rzeczy. Zadzwoniłem po drodze do właściwej komórki CIR pytając, dlaczego o niczym mnie nie poinformowano o świcie. Otrzymałem odpowiedź, że raport wysłany został mailem, a w formie papierowej czeka na mnie na biurku. Dodam, że nie posiadaliśmy jeszcze komórek z e-mailami schodzącymi w trybie rzeczywistym. Tak niedawno, a tak dawno…
Po tym zdarzeniu w trybie pilnym wprowadziliśmy ten sam system raportowania, jaki wcześniej uruchamiałem w Sejmie. Praca w takim tempie jest elementem niezbędnym. Bez niego nie da się pracować skutecznie. Codziennie stykałem się z sytuacją, kiedy komentować musieliśmy wydarzenia podawane przez media na 5 minut przed wyjściem do dziennikarzy lub nieplanowanego styku z nimi. Okazywały się zbawienne podczas kryzysów, np. ptasiej grypy 2006, kiedy na bieżąco informowałem ministrów o sytuacji, sugerując właściwe zachowania i zawężanie liczby komunikatorów.

Ludzie to skarb

Takich smsów spływało codziennie od kilkudziesięciu do kilkuset. Otrzymywał je premier, ja, ministrowie kancelarii, wybrani ministrowie konstytucyjni i oczywiście pracownicy CIR. I o nich słów kilka. Macie świadomość, jak kluczowe jest selekcjonowanie informacji. Nie ma tu i nie może być twardej reguły, wszystko jest kwestią oceny, dokonywanej przez konkretnych ludzi, pracowników wydziału monitoringu mediów. Raz wysłać muszą informacje o sporze między PZU a Eureko, za moment na temat negocjacji budżetu UE 2007-2013, sekundę po tym o pracach sejmowej komisji gospodarki, streszczenie tekstu w GW dotyczącego ptasiej grypy, komentarza Jana Rokity dotyczącego powołania gabinetu cieni, rozmów ministra zdrowia z pielęgniarkami, etc. Źródeł było bardzo wiele: agencje (PAP, IAR, Reuters, KAI), stacje radiowe, TV, główne portale, wszystkie gazety, tygodniki i ich strony Internetowe. Robiący to każdego dnia ludzie wzbudzali mój szczery podziw. Potrafili wyłowić prawdziwie ważne informacje, które często ukryte były w jedenastej linijce depeszy lub trzecim akapicie tekstu w gazecie na stronie 9. Relacjonowali pewne wątki, które przesyłali dzień i dwa wcześniej. Żeby to wszystko robić skutecznie, musieli doskonale znać konteksty i przewidywać, co może się wydarzyć, wzajemnie informować się i zarządzać tym procesem. Do dzisiaj jestem dla nich pełen uznania. Ludzie w takiej pracy są wartością nie do przeceniania. Są skarbem każdej organizacji, bez względu na wymiar biznesowy, czy publiczny. Dzisiaj informacje można otrzymywać e-mailem na Black Berry. Istota jest jednak niezmienna.
To wszystko wydarzyło się tak niedawno, a tak wiele zmieniło się w sposobie konsumowania informacji, zarządzania nią i walki o interpretację. To tempo jest dzisiaj wymogiem dla wszystkich. Życie publiczne zapoznało się z nim wcześniej. Nie miało wyjścia… :))

Jak widać na zdjęciu poniżej (źródło: http://www.karciarz.pl/info/smsy-od-soltysa) metoda wykorzystywana jest również w samorządzie :))

sobota, 21 listopada 2009

Nie zostawiaj po sobie śladu w Internecie - porady PR-wców?

Słucham właśnie wykładu prof. Bogusława Kwarciaka, psychologa komunikacji internetowej (agencja Opus B). Mówiąc o zachowaniach Internautów w sieci wskazał, że mamy do czynienia ze zjawiskiem doradzania przez specjalistów od wizerunku unikania osobom publicznym pozostawiania cyfrowych śladów swojej obecności. Internet nie zapomina. Jego możliwości są praktycznie nieograniczone. Artykuły w Internecie, wypowiedzi, komentarze, zawsze mogą być odtworzone. Dużo łatwiej niż w modelu tradycyjnym zarzucić jest takiej osobie niekonsekwencje, wypomnieć niespójności. Rozwiązaniem jest więc minimalizowanie zostawiania śladów, bo jak wiadomo ich brak jest niemożliwy, jeśli pełni się funkcje społeczne. Żeby była jasność, profesor Kwarciak nie utożsamia się z takim stawianiem sprawy (sam zawodowo zajmuje się właśnie komunikacją reklamową w Internecie). Mówi o występującym zjawisku, z którego wielu PR-owców nie zdaje sobie sprawy.

Wniosek profesora Kwarciaka są bardzo ciekawe i trafia w punkt tego, co zauważyłem w praktyce. Wydawałoby się, że zasugerowanie takiego rozwiązania świadczy o amatorszczyźnie PR-owca lub dyletanctwie urzędnika, polityka, innej osoby publicznej. Tymczasem dokładnie tego rodzaju strategie zachowań obserwuję wśród wielu osób. Nie chcą, żeby o nich pisano, mówiono, pokazywano w sieci.

Niezwykłe. Oczywiście, że ci, których znałem, charakteryzują się sceptycyzmem wobec Internetu. Moja opinia jest jednoznaczna: takie osoby powinny zdobyć nowe kompetencje i zrozumieć znak czasu, jakim jest komunikacja internetowa.
To plus Internetu, że jest w stanie zapamiętywać lepiej niż człowiek, co głosimy, jakie stanowisko zajmujemy. W tym znaczeniu ułatwia uczciwe funkcjonowanie w debacie publicznej.

Występowanie bardzo szerokiej grupy osób unikających swojej „cyfrowej historii” jest faktem. Informacja, że specjaliści od wizerunku doradzają taką postawę klientom jest dla mnie porażającą i bardzo interesującą nowością !

poniedziałek, 2 listopada 2009

Temat autoryzacji wraca

Polska The Times w swoim weekendowym wydaniu zareagowała na nowy projekt ustawy Prawo prasowe, który zawiera nadal instytucje autoryzacji. Dziennikowi nie podoba się autoryzacja. Wcale nie dziwię się gazecie. Jej skasowanie nie leży wyłącznie w interesie gazet, bo przypomnijmy, że autoryzacja nie dotyczy TV i radia, choć i z tym różnie bywa, jak pokazuje przykład programu „Teraz My” w TVN. Nawet jeżeli do takiej autoryzacji tam doszło, to ma to raczej związek z dość powszechną formuł a infotainmentową, obecną w mediach. Porównałbym to zjawisko z materiałami eksluzywnymi. Redakcja je dostaje, ale pod pewnymi warunkami. Te zależą już od negocjacji dwóch stron.

Klasyczna autoryzacja prasowa, to instytucja jedyna w swoim rodzaju. Raczej nieznana w krajach europejskich. W moim przekonaniu szkodząca wszystkim, czyli trzem stronom: mediom, organizacjom opisywanym przez media i czytelnikom.

Dlaczego:

Mediom – bo wprowadzają nierówne traktowanie mediów drukowanych, radia i TV. Autoryzowanie każdej drobnej wypowiedzi w praktyce jest niemożliwe, bo oznaczałoby, że dziennikarz zmuszony jest do autoryzowania ich kilkanaście razy dziennie. W praktyce, w kontekście, krótkich wypowiedzi, jest to zapis martwy. W życiu publicznym prawie nikt go nie stosuje, bo wyrażenie takiej prośby przez polityka oznaczałoby, że następnym razem dziennikarz już nie zadzwoni. Największy problem występuje przy wywiadach. Autoryzacja powoduje, że wywiad w swojej drukowanej wersji nie ma wiele wspólnego z wersją pierwotną. Nie sprzyja to prawdziwemu i często spontanicznemu oddawaniu rzeczywistości. Oczywiście istnieje możliwości publikacji rozmowy bez autoryzacji, ale stosuje się ja tylko w szczególnych prezypadkach. Trzeba też przyznać, że dziennikarzom zdarza się kompletnie zmieniać wypowiedzi i dopasowywać je (również w szybkich komentarzach) do własnej tezy. Tak więc brak autoryzacji musiałby w tym przypadku oznaczać wierne trzymanie się tego, co rozmówca naprawdę powiedział.

Organizacjom/politykom/wszystkim odpytywanym osobom – bo je rozleniwia i powoduje, że mają ucieczkę przed odpowiedzialnością za słowo. Jeżeli występujemy publicznie, to powinniśmy być do tego dobrze przygotowani. Brak autoryzacji zmuszałby nas do tego przygotowania. Rozmowy z dziennikarzem nie powinno się lekceważyć. Jeżeli wypowiadamy się do kamery czy radiowego sitka, to nikomu do głowy nie przyjdzie, że może to wystąpienie powtórzyć lub poprawić. Tak samo powinno być w przypadku dziennikarzy prasowych. Tak więc brak takiego zapisu dyscyplinowałby każdego i powodował, że PR-owcy mieliby trudniejsze zadanie.

Czytelnikom – bo mogliby czytać ciekawsze rozmowy, lepiej oddające tempo i emocje, jakimi każdy kieruje się przy podejmowaniu decyzji i komentowaniu rzeczywistości. W konsekwencji cierpi na tym jakość takich autoryzacji.

Zdaję sobie sprawę, że piszę to trochę wbrew swoim interesom, bo sam korzystam z tego narzędzia bardzo bardzo często. Ale jego obowiązywanie tylko teoretycznie służy naszej ochronie. Jednak jej zniesienie wymagać będzie sporej nauki dla wszystkich stron.

piątek, 16 października 2009

Rzecznicy są nam potrzebi dużo bardziej niż kiedykolwiek

Dowiedziałem się właśnie z Pressserwisu, że podczas wczorajszej dyskusji „Dialog PR” byli rzecznicy rządów, w tym Ryszard Miazek, Tomasz Tywonek, Michał Tober, stwierdzili, „[…] że w dzisiejszych czasach rzecznik rządu w ogóle nie jest potrzebny. Zmiany społeczne, rozwój technologiczny, zmiany, jakie zaszły w mediach, jak i w polityce sprawiły, że funkcja rzecznika rządu kompletnie się zdeprecjonowała – mówił Tomasz Tywonek. Według niego rzecznika może zastąpić sprawnie działające biuro prasowe”.

Zupełnie się z taką opinią nie zgadzam. Wczoraj pisałem, że role rzecznika poważnie się zmienia, ale nie oznacza to, że rzecznik jako funkcja jest zbędna. Jest dokładnie odwrotnie. Rzecznik jest dzisiaj potrzebny jak nigdy wcześniej. Za chwilę dojdziemy do sytuacji, w której każda osoba publiczna, czy to ze świata showbiznesu, czy polityki potrzebowała będzie doradcy i rzecznika, by skutecznie komunikować się ze światem. Rząd potrzebuje takiej funkcji wybitnie.

Przypomnę, że skuteczna komunikacja, to komunikacja spersonalizowana. W jaki sposób ma być ona realizowana przez enigmatyczne biuro prasowe? To tak, jakby firma lub rząd same mówiły. Często tak się dzieje w komunikacji, ale w sferze PR-u skuteczność osiąga się zupełnie inaczej.

Osobom twierdzącym, że funkcja rzecznika się wyczerpała, powiem tylko, jak w ogromnym skrócie wyglądał mój dzień jako rzecznika rządu:

godz. 6.00-6.30: przyjazd do pracy, analiza depesz agencyjnych, przegląd prasy, porannych pasków i przeglądu prasy w TVN24, Sygnały Dnia Polskiego Radia, TOK FM, rozmowa Moniki Olejnik w Radiu Zet, przewidywanie problemów dnia i pytań, które padną (90 proc.pytań można wysnuć z porannej analizy)

godz. 7.00-7.30: pierwsze telefoniczne rozmowy z dziennikarzami, wymiana opinii, briefowanie, co danego dnia jest ważne, odpowiadanie na pytanie (oficjalnie lub nie), głównie z TVN24, który pracuje w tym zakresie najszybciej i najwcześniej zaczyna

godz. 8.25: spotkanie z Szefem, ustalenie taktyk dnia

godz. 8.45-9.30: odprawa z kierownictwem Centrum Informacyjnego Rządu (CIR), ustalanie odpowiedzialności za dane tematy, koordynowanie ich z rzecnzikami ministerstw i urzędów

9.00-12.00: od kilkunastu do kiludziesięciu telefonów, większość z nich, to rozmowy z dziennikarzami, którzy zaczynają lub kończą kelegia redakcyjne

godz.12.00-17.00: przygotowanie, organizacja i realizacja wydarzeń medialnych (konferencje, briefingi, obsługa prasowa, wywiady), w tym samym czasie, odbieranie co najmniej kilkudziesięciu telefonów, smsów i e-maili od dziennikarzy, wypowiedzi dla stacji radiowych, TV, wywiady

godz. 17.00-19.00: lekki oddech, odbieranie telefonów od dziennikarzy kończących teksty i montowanie materiałów do wieczornych serwisów informacyjnych (co najmniej kilka rozmów), dzwoniących w celu potwierdzenia danych, stanowiska, skonfrontowania z innymi opiniami

godz.18.45-20.00: analiza wieczornych programów informacyjnych TV

godz.20.00-21.00: ocena wieczornych serwisów, wstępne planowanie następnego dnia

godz.21.00-23.00: spotkania wewnętrzne, ale często także spotkania z dziennikarzami pracującymi nad tematami dłuższymi i chcącymi zdobyć informacje.

Oczywiście każdy dzień był jakosciowo inny i każdy jest odrębną bitwą. Na jedno chcę jednak zwrócić uwagę. Rzecznik jest osobą, która znajdować powinna się w ciągłym kontakcie z dziennikarzami, informować oficjalnie lub off the record. Żadne biuro prasowe go nie zastąpi, a z pewnością nie w rządzie. Dlaczego? Bo polityka (ale przecież nie tylko) opiera się wybitnie na bliskim kontakcie z liderem, zmieniających się opiniach, często emocjach.

Dodatkowym tematem są wekendy i dni wolne pracy. Rzecznik ich nie ma. Jeżeli chcemy, żeby Szef i inni ministrowie mieli czas na wypoczynek, to rzecznik musi być aktywny właśnie wtedy. Jeżeli rzecznik nie prezentuje argumentów służących przyjętej przez rząd interpretacji, to bądźmy pewni, że argumenty te nie pojawią się lub będą wykoślawione w przekazach medialnych.

I właśnie dlatego, że nowe technologie zmieniają media, rola rzecznika staje się jeszcze ważniejsza. Rzecznik nie ma być przecież showmanem, półbogiem, ale skutecznym i budzącym zaufanie komunikatorem. Nie będzie jedynym. To oczywiste. Ze względu na funkcję i zaufanie będzie jednak bardzo ważnym komunikatorem. To on zarządzi kierunkiem komunikacji rządu lub innej organizacji danego dnia, tygodnia, miesiąca. Przypomnę, że PR opiera się na relacjach. Organizacja sama w sobie nie buduje relacji. Budować mogą je tylko konkretni ludzie.

W następnym wpisie zajmę się tematem cech i miękkich umiejętnosci, jakie posiadać powinien rzecznik prasowy.

poniedziałek, 5 października 2009

Mała gimnastyka intelektualna z pogranicza teorii spisku i komunikacji (Vladimir Volkoff)

Przyszło mi do głowy, że w celach gimnastyki umysłu warto przypomnieć sobie postać francuskiego pisarza z rosyjskimi korzeniami, Vladimira Volkoffa. Jego najsłynniejsza książka, to „Montaż” – powieść opisująca aktywność radzieckiego wywiadu wykorzystującego intelektualne kręgi Europy Zachodniej. Książka kultowa w wielu środowiskach podziemia przed 1989 rokiem, wydana nakładem wydawnictwa londyńskiego. Z racji dość młodego wieku opinię tę posiadam od tychże przedstawicieli dawnego podziemia, rzecz jasna. Montaż czytałem jako kserokopię, bo oficjalnie wydana została dopiero w 2006 roku przez Christianitas. O samym autorze krążyło zawsze bardzo wiele opowieści, poczynając od takich, że pracował niegdyś dla KGB, ale uciekł i osiadł we Francji, po takie, że pracował dla wywiadu francuskiego zajmując się wojną informacyjną, m.in.podczas wojny algierskiej. Jedno jest pewne - tematyka służb specjalnych nie jest Volkoffowi obca. Porusza ją we wszystkich swoich powieściach.

Nie o „Montażu” i nie o powieściach chciałem dzisiaj pisać, ale o wcześniejszym opracowaniu tego autora p.t. „Psychocjotechnika. Dezinformacja. Oręż wojny”. To zbiór tekstów przeróżnych autorów zajmujących się wojną informacyjną i propagandą. Wśród nich, m.in. Sun Tzu, Lenin, Vladislav Bittman (zbiegł na Zachód, pracując wcześniej dla wywiadu czechosłowackiego) i wielu innych praktyków i teoretyków dezinformacji.

Skupię się na wstępie autorstwa Volkoffa, który jest interesującą propozycją metodycznego podejścia do narzędzia polityki zagranicznej, jakim jest szeroko pojęta propaganda, a mówiąc bardziej delikatnie w demokracjach – polityka informacyjna. Z różnych powodów ta właśnie książka przyszła mi do głowy, kiedy słucham i czytam w ostatnich dniach o nowej polityce historycznej Rosji. Ciekawe dlaczego?

Autor precyzuje różne rodzaje broni informacyjnych. Są nimi:

1. Podstęp
Rozumiany klasycznie i polegający na odwróceniu uwagi przeciwnika od miejsca, w których zamierzamy zaatakować.

2. Wprowadzenie w błąd (intoksykacja)
Ulubiona broń kontrwywiadu, polegająca na dostarczaniu obecemu wywiadowi fałszywych informacji. Z pozycji strategicznych staje się odrębną dziedziną, której celem jest doprowadzenie do sytuacji, w której przeciwnik sam uwierzył w to, w co „powinien” uwierzyć.

3. Biała propaganda
Odbywa się na terenie przeciwnika. Jej skutki są ograniczone, bo źródła pochodzą z otwarcie nieprzyjacielskich ośrodków. Niemniej stosuje się ją w czasie wojen.

4. Czarna propaganda
Ukrywa swoje prawdziwe pochodzenie i w ten sposób „czyni wiarygodnymi świadome kłamstwa”. Jak dowodzi Volkoff mistrzem tej broni był podczas drugiej wojny światowej Anglik Sefton Delmer. „Zorganizował on kilka radiostacji rzekomo prohitlerowskich. Jedna z nich przedstawiała się jako niemiecka radiostacja wojskowa nadająca „muzykę i wiadomości przeznaczone dla naszych kolegów z Wehrmachtu”. Inna posługiwała się bardziej przebiegłą metodą: „Chciałem – pisze Delmer – żeby słuchacze uwierzyli, że przypadkiem natrafili nagle na program jakiejś podziemnej organizacji. Radiostacja ta nadawała poufne informacje pochodzące od wiernego i lojalnego zwolennika Hitlera…” Program okazał się tak skuteczny, że po wojnie Sefton musiał napisać książkę Black Boomerang, aby zdementować legendy, które sam stworzył i nadał im walor wiarygodności”.

5. Wpływanie
Łączy się z czarną propagandą, ale jest metodą o wiele subtelniejszą. Posługuje się agentami wpływu, „agitatorami w stanie czystym”. „Zajmuje się agitacją nie w zamiarze zmiany biegu wydarzeń w jakimś określonym kierunku lecz w sposób ogólniejszy, żeby zdestabilizować społeczeństwo przeciwnika”. Bezpośrednie skutki nie muszą być wprost korzystne dla jego kraju. Celem jest przyniesienie szkody wrogowi. Na czym polega subtelniejsza forma? Na tym, że agenci wpływu nigdy nie uprawiają jawnej propagandy. Nawet najmniejsze sympatyzowanie z interesami państwa-mocodawcy skazałoby tę organizację i ludzi na automatyczne wyłączenie z gry. Tak więc przybiera się wręcz przeciwne szaty, np. „Stronnictwo Młodorosjan, manipulowane przez KGB, oficjalnie mieniło się monarchistycznym i posługiwało się rytuałem zapożyczonym od czarnych koszul Mussoliniego. Niektórzy nacjonaliści francuscy, podsycając nastroje antyamerykańskie, nieświadomie pracują dla ZSRR, którego nienawidzą.”

6. Dezinformacja
Rozumiana w wąskim i szerokim znaczeniu.

Wąskie znaczenie - znajduje się między „wprowadzaniem w błąd” a „wpływaniem”. Wprowadzanie w błąd jest aktem jednorazowym, często dość amatorskim. Dezinformacja realizowana jest fachowo i systematycznie, zawsze za pośrednictwem mass mediów i jest wprost adresowana do opinii publicznej, a nie kierujących krajami.

W szerszym rozumieniu dezinformacja obejmuje także techniki wpływania. Dla obydwu metod cel jest współny. Wprowadza się do opinii publicznej nawet mikroskopijny, ale odpowiedni katalizator i następuje właściwa reakcja, która ma wszelkie pozory spontaniczności.

Mogą zaistnieć dopiero wtedy, gdy zaistnieje masa krytyczna osób zdezinformowanych lub ulegających wpływom. „Jednostka, rodzina, grupa zawodowa mogą zostać wprowadzone w błąd, ale nie zdezinformowane, bo w sposób naturalny wytwarzają przeciwciała zwalczające kłamstwa, w imię szacunku dla prawdy, szaleństwo – w imię zdrowego rozsądku. Po przekroczeniu jednak pewnej liczby jednostki przekształcają się w tłum. Sproletaryzowane intelektualnie, zatracają instynkt samozachowawczy i ich masa zerwawszy wszelkie cumy, przesuwa się beładnie z jednej strony na drugą pod własnym ciężarem, gotowa z wdzięczności poddać się manipulacjom ekspertów przywracających jej poczucie bezpieczeństwa.”

Technika ta wymaga przede wszystkim czasu, gdyż polega nie na popełnianiu konkretnych błędów przez władzę, ale na zaszczepianiu stereotypów całemyu narodowi.

„Związek Sowiecki bardzo szeroko wykorzystywał wojnę wietnamską w celu zaszczepienia narodowi amerykańskiemu kompleksu winy i częściowo mu się to powiodło, ponieważ wojna ta trwała długo, jednak nie wystarczająco długo, gdyż kompleks ten ustąpił dość szybko i kilka lat po porażce wietnamskiej Amerykanie odzyskali utraconą niewinność – jeśli nawet nie w stu procentach, to na tyle wystarczająco, żeby trzeźwo dostrzec konieczność przeciwstawiania przemocy – siły”

7. Jedną z najbardziej niebezpiecznych form dezinformacji jest logomachia. „Polega ona na wynajdowaniu formułek, które przypadłszy najpierw do gustu profesjonalistom od komunikacji masowej są następnie rozpowszechniane przez nich wśród opinii publicznej, która akceptuje je jako prawdziwe, podczas kiedy w rzeczywistości są tylko efektowne” Takimi formułami są: „polowanie na czarownice”, określenie „faszysta”, „prawicowy stalinowiec”. Volkoff twierdzi, że wiele z nich stosowanych było w okresie istnienia imperium sowieckiego i zimnej wojny.

Powyższe tresci pochodzą z książki „Psychosocjotechnika. Dezinformacja. Oręż wojny” Vladimira Volkoffa, wydawnictwo Antyk, Komorów 1999. Nie mogę się nadziwić, dlaczego tak ciekawego zbioru (nawet jeżeli uzna ktoś Volkoffa za autora z pogranicza fantastyki) nie wydało do tej pory duże wydawnictwo. Jestem przekonany, że spotkałby się z dużym zainteresowaniem.

sobota, 3 października 2009

Przepis na flaczki, czyli jak budować dzisiaj zainteresowanie książką

Czy rynek książek rzeczywiście tak dynamicznie rośnie? Pytanie takie zadałem prezesowi jednego z bardziej znanych wydawnictw. Odpowiedział mi, że podobno tak, aczkolwiek on tego na swoim przykładzie nie widzi. Z pewnością jednym z elementów dobrej promocji książek jest budowanie napięcia i tła opisywanej historii jeszcze przed ukazaniem się książki. Kampanie teaserowe nie muszą dotyczyć tylko filmów, jak najbardziej dotyczyć mogą też książek. Najlepszym dowodem na to jest książka Ludwika Dorna oraz Amelii Łukasiak i Agnieszki Rybak "Rozrachunki i wyzwania". Jej premiera nastąpi w najbliższy wtorek w Sali Kolumnowej Sejmu, a następnie w salonie Empiku. Jednak już od tygodnia na YouTube można oglądać przygotowane z głową making off z prac nad książką !!!! (to jest absolutna nowość) oraz zagajenia historii poruszanych w książce.



W wielu przypadkach podprowadzenie zrealizowano w iście kryminalny sposób, można powiedzieć, że autorzy tej kampanii to mistrzowie/mistrzynie! suspensu :)))



... i budowania prawdziwego napięcia przed ukazaniem się pozycji w księgarniach. Niewątpliwie pozytywną stroną jest też dystans, jaki główny bohater ma do siebie samego i dowcipów krążących o nim w obiegu publicznym. Jednym z nich był żart o tym, że Ludwik Dorn jako minister MSWiA i wicepremier kazał w urzędzie przygotowywać flaczki według podanego przez niego przepisu. Teraz nie tylko nie ucieka od tej historii, jak wielu w podobnej sytuacji robi, ale czyni z niej oręż promocji swej książki. Jeden z filmików bowiem mówi o przepisie i kontekście flaczków Ludwika Dorna :))
To filmiki – i mam nadzieje również sama książka - pełne ciekawych pomysłów i gry formą, w sensie, jaki w życiu publicznym rzadko spotykamy. Nie prostacki i naiwny, ale pełen esktrwagancji, symboli, niedomówień i przede wszystkim - erudycji. Za kampanię teaserową dla jej autorek piątka z plusem.

Dla rynku księgarskiego to świetny przykład, jak niskim kosztem wciągać czytelnika w lekturę, której nie ma jeszcze na rynku.

czwartek, 1 października 2009

Manifest wolności nowych mediów

Na stronach konserwatywnego amerykańskiego think tanku The Manhattan Institute znalazłem rekomendację książki „A manifesto for media freedom” (Brian Anderson, Adam Thierer).

Książka, jak sama nazwa wskazuje, jest peanem na rzecz wolności mediów, szczególnie nowych mediów, przeciwko regulacyjnym zapędom i stojącym za nimi – nazywane w książce wprost – środowiska lewicowe (czytaj Demokraci). Ten punkt widzenia, typowy dla USA, dla Polaków może nie być tak łatwy do przyjęcia. Autorzy wychodzą z pozycji wolnościowych, a więc ingerencja wychodząca poza zasadę subdsydiarności (pomocniczości) degeneruje rynek i ma niszący wpływ na aktywność firm i społeczności.

W każdym razie Anderson i Thierer zamieszczają również skróconą wersję manifestu w obronie wolności mediów w postaci dziesięciu punktów:

1. Otoczyć wsparciem rozwijającą się w szybkim tempie różnorodność mediów. Ich obfitość daje ludziom wolność wyboru w rozszerzającym się wachlarzu informacji i rozrywki. Nigdy wcześniej obywatel nie był tak dobrze i demokratycznie informowany jak jest dzisiaj.

2. Odrzucić wszelkie wysiłki narzucenia „doktryny sprawiedliwości” [w Kongresie lub Federal Communications Commission]. Myślenie w kategoriach „doktryny sprawiedliwości” prowadzi do wrogości wobec wolności słowa, służy politycznym nadużyciom, ale przede wszystkim redukuje różnorodność opinii (głównie opinii konserwatywnych) konkurujących ze sobą na współczesnej agorze.

3. Uwolnić operatorów mediów z archaicznych restrykcji, ograniczających ich elastyczność odpowiadania na radykalne zmiany zachodzące na rynku mediów.

4. Powiedzieć stanowcze „nie” „nowemu lokalizmowi” oraz kategorii „intresu publicznego”, które narzucają jeszcze więcej obciążeń regulacyjnych na stacje radiowe i telewizyjne, walczących o konkurencyjność w nowej rzeczywistości medialnej.

5. Pozwolić dostawcom Internetu na bycie bardziej aktywnymi i zorientowanymi rynkowo w przesyłaniu zróżnicowanych danych przez ich kable, światłowody, linie telefoniczne i połączenia bezprzewodowe, a więc – kreowanie infrastruktury telekomunikacyjnej XXI wieku. „Neutralność sieci” , to zła idea, będąca formą infrastrukturalnego socjalizmu, który dławi innowacje i grozi poważnym zapóźnieniem.

6. Nie bać się nowych mediów !

7. Odrzucić rozwiązania prawne dla sieci kablowych i operatorów satelitarnych dziesiątkujących dynamiczną dywrsyfikację programów płatnej TV, uderzające przede wszystkim w nadawców religijnych oraz przyjaznych rodzinie.

8. Zablokować federalne, stanowe i lokalne wysiłki zmierzające do regulacji kontentu gier video lub/i zastąpienia znakomicie rozwijającej się i spontanicznej branży rządowym systemem nakazów. Rodzice mają wszelkie instrumenty, jakich potrzebują do monitorowania, z jakich gier video korzystają ich dzieci. Nie potrzebują do tego „rządowej niani” i państwowych interwencji.

9. Należy zachęcać i upoważaniać rodziców oraz tworzyć strategie edukacyjne umożliwiające wyrażanie niepokojów związanych z bezpieczeństwem w sieci zamiast zakazywać aktywności portalom społecznościowym i korzystania z innego kontentu online.

10. Czynić kroki zmierzające do zmniejszania najbardziej uciążliwych elementów prawa związanego z finansowaniem kampaniami politycznych/społecznych, a także ochrona nowych mediów i innych form wyrażania opinii przed dławiącymi wolność słowa restrykcjami.


Neutralność sieci - jest to wolny od jakichkolwiek ograniczeń dostęp do kontentu, stron lub platform dla użytkowników końcowych. Inaczej mówiąc jest to wolny dostęp do zasobów sieci Internetu dla wszystkich użytkowników, bez względu z jakiego dostawcy usług korzystają oraz opcji usługi, jej ceny itp. To koncepcja, w której abonent powinien otrzymać konkretną usługę, ale nie interesuje go jaka technologia temu sluży. Wielu ekspertów wskazuje, że podejście takie demotywuje firmy przed inwestycjami w nowoczesne sieci, gdyż nie uwzględnia jakości infrastruktury i potrzeby zwrotu z inwestycji.

środa, 30 września 2009

Skuteczny vox populi

Rozmawiałem przed chwilą z kolegą z pracy na temat opiniotwórczej siły Interneautów. Skłoniła nas do tego sprawa zatrzymania w Szwajcarii Romana Polańskiego.

Z rozmowy płyną dwa wnioski, które same z siebie nie są odkrywcze, ale...:

- Sieć staje się ogromnie opioniotwórczym miejscem, mającym niespotykany dotąd wpływ na media tradycyjne i polityków.

- Media mainstreamu coraz bardziej stają się niereprezentatywne dla przeciętnego obywatela.

Dzień po zatrzymaniu reżysera gazety pełne były komentarzy oburzonych artystów, ludzi filmu, polityków, krótko mówiąc elity. Tego samego dnia rano, jadąc samochodem, wysłuchałem poranka w Radiu TOK FM. Kilka razy w przeglądzie prasy, a następnie w serwisie informacyjnym, prowadzący, relacjonując doniesienia dzienników, podkreślał, że opinie Internautów są radykalnie odmienne i nieprzychylne traktowaniu Romana Polańskiego inaczej niż normalnego obywatela. Ciśnienie to było tak silne, że w kolejnym dniu ton przekazów gazetowych oraz stacji radiowych i TV zmienił się nie do poznania. Głosy te są już dużo bardziej zróżnicowane. Mój kolega uważa również, że politycy, wyczuwając realne nastroje społeczne, zmodyfikowali swoje stanowisko, a sam premier wezwał do rozsądku w ocenach i traktowania sprawy jako obyczajowo-karnej, a nie patriotycznej. Czy jest to tylko przypuszczenie, czy fakt? Nie wiem. Zjawisko zasługuje jednak na uwagę. Każdy z nas czuje trochę na plecach nową formę vox populi. "Ale" związane jest z tym, że mamy raczej tendencje do twierdzenia, iż ruch w sieci jest ogromny, ale mainstream go ignoruje lub celowo przemilcza. W tej sytuacji stalo się inaczej.

Można odnieść wrażenie, że w niektórych przypadkach media głównego nurtu bardzo odbiegają od opinii masowego odbiorcy. Jak zwykle w życiu bywa, czasami to dobrze, a czasami niebezpiecznie. Dyskusja o wolności słowa i poszerzaniu agory sporu/sporów różnych racji jest dzisiaj bardzo potrzebna. Nie dotyczy ona tylko teorii prawa, ale przede wszystkim nowego podejścia do zmieniającej się dużo szybciej niż procesy legislacyjne, rzeczywistości mediów i ich coraz nowszych form.

Jeżeli temat wolności mediów kogoś interesuje, to zapraszam jutro na bloga. Przedstawię „manifest wolności mediów”, z jakim wystąpili amerykańscy intelektualiści związani ze środowiskiem konserwatywnym.

czwartek, 17 września 2009

Przełamanie zastanych reguł gry i nauka dla biznesu (Communication Power, M. Castells), cz. 2

Logika oddolnego usieciowionego ruchu społecznego

Uruchomienie oddolnego ruchu wspierającego kandydaturę Baracka Obamy nie było przypadkiem. Sam Obama był uczniem znanego społecznego aktywisty chicagowskiego Saula Alinsky’ego, pracującego z ubogimi mieszkańcami miast. Jego metoda polegała na bezpośrednim komunikowaniu się z osobami potrzebującymi, szczegółowym rozpoznaniu potrzeb i nauce samoorganizacji pomagającej w walce o polepszenie ich sytuacji. Całe środowisko znajdowało się bardzo blisko Kościoła Katolickiego. Do tworzenia swojej kampanii zaprosił wielu ekspertów w tej dziedzinie, wychowanków i kontynuatorów metody Alinsky’ego. Sam jednak w pewnym momencie zmodyfikował punkt widzenia mistrza i odnosił się do niego dość krytycznie. W lewicowym The New Republic Barack Obama w 2007 roku przekazał główną myśl jego kampanii w odniesieniu do nauczyciela: „Alinsky bagatelizował fakt, że nadzieje, marzenia, wartości i ideały ludzi są tak samo ważne w ich samoorganizacji jak interesy własne”.

Wskutek przyjętej przez sztab zmodyfikowanej metody Alinsky’ego każdy z wolontariuszy sztabu przechodził intensywny trening - obóz szkoleniowy, tzw. „Camp Obama”, na którym zajęcia prowadzili mentorzy Obamy z czasów jego społecznego, ulicznego, zaangażowania (Mike Kruglik, Temo Figuerora, Marshall Ganz). Podczas sesji szkoleniowych skupiano się na analizach oddolnych ruchów społecznych i kampanii wyborczych. Uczono też motywowania wyborców i taktyk prowadzenia kampanii „ulicznej”. Krótko mówiąc, żeby kampania mogła być spontanicznie umasowiona, musi być metodycznie i skrupulatnie przygotowana. Maszyna wyborcza zassała know how i wszystkie najlepsze i najskuteczniejsze wzorce sektora NGO.

Metody prowadzenia oddolnej kampanii otrzymały silnego sprzymierzeńca w postaci Internetu. Dzięki dostępowi do szerokopasmowego Internetu przez prawie całą populację USA stał się on w tych wyborach, po raz pierwszy, medium maintreamowym. W 2008 roku 46 proc. dorosłych do Amerykanów używało e-maili i SMSów do pozyskiwania informacji kampanijnych i dyskusji o wyborach. W konsumpcji Internetu Demokraci zdecydowanie wyprzedzali Republikanów, np. konsumpcja video online 51 proc. do 42 proc. 36 proc. zwolenników Demokratów posiadało profile na portalach społecznościowych, 21 proc. zwolenników Republikanów i 28 poc. niezależnych wyborców. Patrząc ogólnie: 1/3 Internautów posiadało w 2008 roku profile na portalach społecznościowych i 40 proc. z nich wykorzystywało je do politycznej aktywności. W młodszych grupach wiekowych aż 58 proc. osób w wieku 18-29 lat używało Internetu w celach politycznych i tylko 20 proc. użytkowników powyżej 65 roku życia

Zwolennicy Obamy byli dużo bardziej zaangażowani online niż zwolennicy Clinton. 3/4 (74 proc.) zwolenników Obamy pozyskiwało news i informacje z Internetu, w porównaniu z 57 proc. zwolenników Clinton. Taka sama zależność (17 proc. do 8 proc.) dotyczy finansowego wsparcia dokonywanego online, podpisywania petycji w Internecie (24 proc. do 11 proc.) oraz zamieszczania komentarzy i wpisów na blogach i innych serwisach (64 proc. do 43 proc.):


Łatwo można się domyślić, że wydatki na Internet w sztabie Obamy były największe pośród wszystkich kandydatów. Wyniosły one do lipca 2008 7,263,508 $ [TV i radio 91,593,186 $, media drukowane 7,281,443 $, inne media 1,139,810 $]. Dla porównania Clinton na Internet wydała w tym samym czasie 2,9 mln $, a McCain 1,7 mln $.

Do osiągnięcia sukcesu sztab Obamy wykorzystywał wiele kluczy. Castells podaje 4 zasadnicze taktyki:
1. My.BarackObama.com z 15 milionami uczestników
2. Vote for Obama – cykl wydarzeń społecznych i muzycznych odbywających się w 50 stanach
3. Obama Organizing Fellows – system szkoleń prowadzonych dla studentów i uczących ich taktyk wyborczych
4. Centralized Funding Technology – taktyka, która przyciągnęła 1,5 miliona donatorów.

Sztab Obamy wykorzystała dwa zasadnicze czynniki: a) centralną bazę danych i centralizację pozyskiwania finansów b) lokalizację taktyk mobilizacji wyborców. Nowością było prowadzenie mikrotargetowania, poprzez oddolną działalność wolontariuszy, i natychmiastowe centralne raportowanie. Takie podejście umożliwiało dopasowanie przekazów i technik właściwych danym lokalnym społecznościom. Bycie globalnym i lokalnym w jednym czasie. Interaktywnym i scentralizowanym.

Pozyskanie finansów to prawdziwa sztuka prowadzenia kampanii. 88 proc. funduszy Obamy pozyskano od indywidualnych donatorów (1,5 mln). 47 proc. wpłat, to kwoty poniżej 200 $, 76 proc. mniej niż 2000 $. Dla porównania 39 proc. wpłat na rzecz Clinton i 41 proc. na McCaina wynosiły powyżej 2000 $. Dzięki mistrzowskiej Internetowej operacji pozyskiwania środków sztab Obamy radykalnie obniżył koszt pozyskania funduszy. Zdobycie 1 $ kosztowało od 5 do 10 centów. Z wykorzystaniem direct mail koszt wynosił 95 centów, nie biorąc pod uwagę większych potrzeb czasowych.

Pokolenie Obamy

I znowu musimy powiedzieć, że tylko zatrudnienie profesjonalistów (w tym Chrisa Hughesa, współzałożyciela Facebooka) zapewniło Obamie możliwość radykalnego wyprzedzenia konkurentów i komfort prowadzenia kampanii. W książce opisane są również perturbacje związane z prowadzeniem jego konta na MySpace – jako senatora – przez młodego Joe Anthony. Po przystąpieniu do kampanii Anthony, po szeregu nieporozumień, odmówił współpracy i oskarżył Obamę o traktowanie swoich „przyjaciół” z serwisu jako odbiorców taniej reklamy. Jak widać również „idealna kampania” rodziła się w bólach. Zasadniczym punktem było wejście w pop-kulturę. Obama wspierany był przez szerokie grono celebrytów (George Clooney, Jennifer Aniston, Will Smith, i inni). W tym samym czasie postawił także na środowiska kontrkulturowe jako miejsca kreatywnego myślenia. Wspólnym mianownikiem dla nich wszystkich była determinacja dokonania zmian i antysystemowe nastawienie. Jednym z największych hitów muzycznych w sieci okazała się piosenka „Yes we can” wyprodukowana przez Jesse Dylan, syna Boba Dylana. Jej treść w całości zaczerpnięta została z przemówienia Obamy. Po zamieszczeniu jej na YouTube obejrzało ją 17 mln osób. Piosenka wygrała również nagrodę Emmy. Hitem lata 2008 okazał się również teledysk (mushup) zrobiony przez nieznanego 26-letnego modela, Ambera Lee Etingera. Po sukcesie swojego filmu stał się popularną gwiazdą w US. Tę samą ścieżkę przeszedł Taz Arnold, artysta hip hop, który rozpoczął swoją karierę piosenką „Vote Obama”, dedykując ją tytułowemu bohaterowi. Piosenka wyniosła go do roli gwiazdy.
Piosenki, filmy, opowiadania i inne elementy szeroko pojętej kultury/lub kontrkultury powstawały spontanicznie, budując wielki ruch Obamy. Działały jak efekt domina, gdzie sztab stwarzał jedynie warunki do aktywności i uruchamiał pierwsze klocki.

Skuteczność budowania przekazu

Z dzisiejszej perspektywy, to oczywiste, że sztab Obamy wykazał się nadzwyczajną skutecznością w budowaniu przekazu. Manuel Castells przytacza badanie zrealizowane przez The Pew Internet&American Life Project z 2008 roku. Okazuje się, że najważniejsze emocje skłaniające do pozytywnych opinii na temat Obamy skupione są wokół inspiracji i nadziei: a) jego przekaz jest inspirujący 2) dający nadzieję odbiorcy:


Przypomnijmy, że oficjalnym przekazem kampanii była nadzieja połączona ze zmianą (Change we can believe in). Nadzieja dawała emocje wywołujące entuzjazm wobec kandydata. Jego kandydatura stała się inspiracją dla wyborców, ze względu na jego potencjał do inspiracji, a nie ze względu na jego doświadczenie i osiągnięcia polityczne. Hillary Clinton postawiła na doświadczenie jako najważniejszą wartość swojego przekazu. Tego rodzaju zabieg idealnie pasował do tradycyjnych ram cechujących komunikację racjonalną. Nie był jednak w stanie rozbudzić emocji.

Sztuka odpierania ataków

Na końcu wspomnę jeszcze, że kampania Obamy miała jeszcze jedną charakterystyczną cechę. Od początku do końca była inkluzywna i oparta na pozytywnej komunikacji. Sztab Obamy był w tym konsekwentny i nie stosował kampanii negatywnej, w przeciwieństwie do konkurentów. Najsilniejszą kampanię negatywną przeciwko Obamie prowadziła – wbrew wcześniejszym obietnicom - Hillary Clinton. Jednak sztabowcy i kandydat nie dali się sprowokować. Nie dali się również wepchnąć w szczegółowe i nieskuteczne tłumaczenie się ze stawianych zarzutów. W Internecie utworzono stronę, na której wskazywano wszelkie nieprawdziwe informacje rozpowszechniane przez oponentów: http://factcheck.barackobama.com/ Strona miała swoje przesłanie od kandydata: „Chcę prowadzić swoją kampanię w taki sam sposób, w jaki będę rządził, polegający na bezpośredniej komunikacji i prawdzie”. Dzięki funkcjonowaniu całego ruchu, działania broniące kandydata i rozpowszechniające prawdziwe informacje, prowadzone były niezależnie na masową skalę, niemożliwą do osiągnięcia przy zarządzaniu hierarchicznym.
Każdy ataka Clinton obracał się przeciwko niej, wskutek podejścia Obamy pełnego dystansu i budowania przekonania wśród wyborców, że ataki konkurentki są dowodem na jej frustrację. Po jednym z ataków i sformułowaniu zarzutu, że Obama jest kandydatem przyadkowym, który nigdy nie planował i nie przygotowywał się do zostania prezydentem, ten odpowiedział publicznie, że jest to nieprawda, gdyż już w przedszkolu napisał wypracowanie pod tytułem „Chcę być prezydentem”. :)) Wykupiono również dwa adresy URL, wskazujące na desperackie działania Clinton: desperationwatch.com i desperatehillaryattacks.com, które przekierowywały do strony z atakami Clinton na Obamę hillaryattacks.barackobama.com. Wiele z tych ataków sztabowcy zamieszczali celowo na YouTube.

Maunel Castells przedstawił ciekawy case study. Mam nadzieję, że wydawnictwo PWN wyda tę książkę w Polsce. Z pewnością widoczny jest pełen zachwytu stosunek Manuela Castellsa do Obamy, jego sposobu myślenia, poglądów. Sam autor przyznaje jednak, że istnieje zagrożenia obrócenia się społeczności przeciwko urzędującemy prezydentowi, jeżeli styl i idee przez niego głoszone nie będą skutecznie i konsekwentnie realizowane. To dosc oczywista prawda. Czy komuś się to podoba, czy nie, kampania Obamy może być lekcją dla wszystkich, jak skutecznie budować strategie komunikacyjne.

środa, 16 września 2009

Przełamanie zastanych reguł gry i nauka dla biznesu (Communication Power, M. Castells), cz. 1


Czego biznes może uczyć się od polityki? Po lekturze najnowszej i długo oczekiwanej książki Manuela Castellsa „Communication Power” możemy spokojnie powiedzieć, że z pewnością skutecznego wykorzystania nowych mediów. Castells poświęca jeden z rozdziałów analizie kampanii politycznej Baracka Obamy. Nazywa ją pierwszą usieciowioną kampanią wyborczą na świecie. Znany socjolog stawia tezę, że Obama wyrwał się z rąk zawodowej maszyny wyborczej i grupy lobbystów zawsze otaczających kandydatów, stawiając przede wszystkim na budowanie oddolnego ruchu społecznego wokół swojej kandydatury. W opiniach Castellsa łatwo odczytać można brak osobistego dystansu do amerykańskiego polityka. Jednak fakt pozostaje faktem. Dzięki świadomości swoistego „znaku czasu”, jakim jest Internet, Obama osiągnąć mógł niespotykaną dotąd skuteczność.

Przełamanie reguł „polityki skandalu”

Zasadniczym punktem każdego kandydata jest oczywiście jego tożsamość. Co ciekawe, Castells stwierdza, że największy wpływ na tożsamość Baracka Obamy wywarły dwa czynniki. Pierwszy, to poznanie swojej żony, pochodzącej – w odróżnieniu od Baracka –z całkowicie czarnoskórej rodziny. Drugim był wpływ pastora Reverenda Wrighta. One ukształtowały jego afro-amerykańską tożsamość. Z nich wypływały społeczne aktywności Baracka, w których następnie kształtowała się jego nastawienie do świata. Obama, pomimo swoich lewicowych poglądów, był politykiem – jak dowodzi Castells – o dwuznacznych przekonaniach :)). Dwuznacznych, nie w sensie zmian uzależnionych od wyników sondaży, ale dwuznacznych w rozumieniu otwartego umysłu i dopasowywania właściwych środków do realizacji społecznych celów. Celów realnych i uzyskiwanych w drodze dialogu - jak twierdzi socjolog. Wskutek jego dialogicznej postawy był w stanie wykorzystać wszystkie instrumenty „spersonalizowanej polityki”, skupiającej się na cechach osobowych osób uczestniczących w życiu publicznym, mniej na ideologiach i programach politycznych. Jednak coś, co w innych przypadkach jest naturalną konsekwencją tego zjawiska, mianowicie „polityka skandalu”, zostało przez Obamę i jego sztab przełamane. Uczynił to wskutek prowadzenia „powstańczej”, oddolnej, społecznościowej i spontanicznej strategii wyborczej. Pojawiające się ataki, płynące w dużej mierze ze sztabu Hillary Clinton, przekuwane były na punkty dla Obamy. Społecznościowy system immunologiczny uruchamiał się samoistnie i promieniował na kolejne grupy wyborców. Do tego sprawnie zarządzana komunikacja odwracała ataki i ośmieszała nimi stronę atakującą. O tym będę pisał dalej. Fenomen przełamania „polityki skandalu” jest bardzo ważny, bo zjawisko to związane jest z funkcjonowaniem mediów mainstreamowych, a przede wszystkim telewizji, karmiącej się dokumentami i innymi niewygodnymi dla polityka "hakami". Postawa mediów mainstreamowych prowadziła do polaryzacji sceny politycznej i opowiadania się w politycznym sporze przeciwko kandydatowi, a więc zachęcała do przyjmowania postawy negatywnej. Sztab Obamy od samego początku skupił się na budowaniu pozytywnej wizji wyborów politycznych, bazując na ideach możliwych do osiągnięcia. Warto zwrócić uwagę na nową definicję polityki realizowaną przez Obamę i odróżniającą go od doświadczonych polityków. W wykonaniu obecnego prezydenta USA i jego sztabu polityka = idea i proces (nieustannie dziejący się). Inni kandydaci, starzy wyjadacze, realizowali politykę innego rodzaju. U nich polityka = propozycje i obietnice do realizacji. Stary styl reprezentowany był przez większość konkurentów Obamy. Jak widać - nieskutecznie. Trzeba przyznać, że w postrzeganiu polityki jako idei i procesu jest w komunikacji obecnego prezydenta dość charakterystyczne. Dowodem jest kontynuowanie dzisiaj przez prezydenta USA stylu komunikacji typowego dla jego kampanii wyborczej, a więc ciągła silna obecność w społecznościach (konto na Twitterze, Facebooku), dalsze funkcjonowanie platformy My.BarackObama.com (z dostępem do wszystkich możliwych kanałów komunikacji społecznościowej) z bazą prawie 15 milionów adresów, służących dzisiaj wspieraniu polityki gabinetu prezydenta, zaproszenie do grona korpusu dziennikarskiego Białego Domu blogera (z The Huffington Post), i tak dalej i tak dalej. Wszystkie wymienione obszary mają jedną wspólną cechę. Wymagają traktowania komunikacji politycznej jako całości i ciągłego procesu, nie pojedynczych, autonomicznych eventów. To wymusza postawę dialogiczną.

Zryw młodego elektoratu

Jednym z istotnych elementów analizy fenomenu kampanii Obamy powinna być z pewnością nieprawdopodobna zdolność mobilizacji młodzieży. Lata 70., 80.i 90.były w USA latami systematycznego spadku zaangażowania młodego pokolenia w życie obywatelskie. Przełamanie nastąpiło w roku 2006, ale szczyt osiągnięto w 2008. Badania przeprowadzone przez the Harvard University Institute of Politics na wiosnę 2008, a więc tuż przed wyborami, wskazywały, że 64 proc. respondentów między 18 a 24 rokiem życia deklarowało udział w wyborach. Wzrósł on o kilka punktów procentowych przez rok, a więc od czasu prawyborów. Młodzież okazała się prawdopodobnie kluczem do sukcesu już, a może przede wszystkim, podczas prawyborów i konkurowania z Hillary Clinton. Na nich też skupia się w swojej książce Castells. W prawyborach Obama otrzymał 58 proc. głosów osób w wieku 18-29 lat, Clinton – 38 proc. Z kolei Clinton miała silną nadreprezentację osób starszych, powyżej 65 roku życia. Pokonała w tej grupie Obamę: 59 proc. do 34. Kobiety głosowały głównie na Clinton. Ale już wśród kobiet poniżej 30 roku życia aż 56 proc. oddało swój głos na Obamę i 43 proc. na Clinton. Manuel Castells pisze: „Obama jest oczywistym liderem politycznym, który najbardziej ze wszystkich liderów ostatnich dekad zdołał zainspirować młodych wyborców. […]. Obama był kandydatem nowej Ameryki, młodszej, lepiej wykształconej i bardziej otwartej Ameryki XXI wieku. Co więcej, spowodował nie tylko zjawisko rejestracji i oddawania głosów przez nowych wyborców, ale przede wszystkim stali się oni aktywnie zaangażowanymi uczestnikami kampanii”. Ostatnie zdanie jest nie do przecenienia i świadczy o potencjale, jaki drzemie w młodych ludziach. Sztab Obamy doskonale o tym wiedział. Otóż młode pokolenie ma przede wszystkim czas i siły, które mogą poświęcić na woluntarystyczną pracę na rzecz ich kandydata. Młode pokolenie pociągać potrafi również za sobą pokolenia starsze, głównie swoich rodziców. Dlaczego? Bo rodzice, myśląc o przyszłości swoich dzieci, głosują na kandydatów rozumiejących ich latorośle i ich rówieśników. To siła niedoceniania w w polityce. Młode pokolenie nie mogło być zarażone przez kanały mainstreamowe. Do tego posłużyć musiał Internet. To miejsce ich naturalnego, codziennego funkcjonowania. Tę naturalność sztab Obamy przekuł w aktywność obywatelską. Poniżej znajduje się porówanie poziomu aktywności politycznej w Internecie zwolenników Obamy i Clinton:
Podpisywanie petycji online: zwolennicy Obamy 24 proc./zwolennicy Clinton 11 proc.
Przesyłanie innym osobom komentarzy lub ich pisanie: zwolennicy Obamy 23 proc./zwolennicy Clinton 13 proc.
Wsparcie finansowe kandydata online: zwolennicy Obamy 17 proc./zwolennicy Clinton 8 proc.

W oczywisty sposób związane było to ze strukturą wiekową elektoratu. Najlepszym dowodem na te słowa jest liczba zwolenników Obamy, jakich posiadał on na Facebooku w lipcu 2008.
Było ich aż 1, 120, 565. Dla porównania Clinton posiadała ich 158, 970, a McCain 119, 000. W maju 2008 na College Democrats of America wygłoszono poparcie dla Obamy w taki oto sposób: „Wysłuchaliśmy tysięcy młodych głosów z Facebooka, MySpace, YouTube i e-maili. Bez wątpienia studenci collegów są gotowi na zmiany i nowy rodzaj przywództwa. Senator Obama dał siłę naszemu głosowi i uczynił, że czujemy się ważną częścią procesu.”

O tym jak Internet pomógł w zebraniu największego budżetu ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej, jak sztab Obamy wykorzystywał narzędzia Internetu do budowania społecznego ruchu Obamomanii i obrony przed atakami konkurencji, w następnym wpisie. Zapraszam jutro.

poniedziałek, 14 września 2009

I po Krynicy. Koniec komunikacji elitystycznej, czyli czego uczą Platon i sztab Obamy

Krynica, Krynica i po Krynicy. Tak dużej liczby paneli jak tam, nie ma z pewnością na żadnej konferencji w Polsce. Uczestnicy wiedzą co mam na myśli…:)) Ponieważ byłem tam służbowo, brałem udział tylko w tych organizowanych lub współorganizowanych przez nas.

W pamięci utkwił mi szczególnie panel DemosEuropa „Europę stać na więcej. Nowa agenda dla Unii Europejskiej” (Udział: Paul Taylor - Publicysta, Thomson Reuters , Francja, Igor Chalupec - Prezes Zarządu/Partner Zarządzający, ICENTIS Corporate Solutions, Tomas Valasek - Dyrektor ds. Polityki Zagranicznej i Obrony, Centrum Reform Europejskich, Wielka Brytania, Janusz Jankowiak - Główny Ekonomista, Polska Rada Biznesu, Maciej Witucki - Prezes Zarządu, Telekomunikacja Polska, Krzysztof Blusz - Wiceprezes Zarządu, DemosEuropa - Centrum Strategii Europejskiej).

Mój szef, Maciej Witucki, prezes Grupy TP, postawił tam dwie interesujące tezy, które pozwolę sobie nieco autorsko rozwinąć. Pierwsza, która wywołała poważny sprzeciw Igora Chalupca, związana była z kryzysem i jego głębią. W opinii Macieja Wituckiego kryzys jest zbyt płytki, by wstrząsnąć organizacjami i rządami i zmusić je do prawdziwych, strukturalnych przekształceń, dających realne profity w przyszłości. Krótko mówiąc, dające szanse przestawienia się na tory nowej gospodarki. Druga teza, wbrew pozorom związana z pierwszą, dotyczyła roli komunikacji w poważnych procesach gospodarczych i politycznych. Otóż zasygnalizował potrzebę nowej formy komunikacji w Europie. Czegoś w rodzaju – to nazwa ukuta teraz przeze mnie na potrzeby wpisu - zdrowego populizmu, polegającego na tym (i tym odróżniający od populizmu negatywnego), że presja społeczna wywierana na rządzących jest skutecznie komunikowana i interaktywna, funkcjonująca dwustronnie. W zasadzie reguły klasycznej demokracji (greckiej)opierały się na takim właśnie mechanizmie. Ciężko przeprowadzać jest wielkie projekty w Europie, jeżeli nie stworzy się czytelnych komunikatów, a uwagę społeczną skupia się na dokumentach złożonych z setek stron przepisów. To podejście, które nazwać można elitystycznym przegrywało będzie z tymi, którzy opanują sztukę sprawnej, oddolnej komunikacji. I lepiej dla wszystkich, żeby nie byli to populiści (negatywni). Pisząc o klasycznej demokracji warto wspomnieć, osobiście niezbyt pro-demokratycznie nastawionego : )), Platona. Dlaczego ten grecki filozof postulował obowiązkowe przygotowywanie wstępów do praw? W celu opisywania zmian w przepisach oraz idei w sposób przystępny dla ludzi i pociągający ich za rządzącymi.

Z pewnością możliwości takie stwarzają dzisiaj kanały komunikacji. Dobrym przykładem nowatorskiego sposobu myślenia o polityce jako o idei i procesie, nieustannie dziejącym się, jest dotychczasowa strategia komunikacji obecnego prezydenta USA. Tę wizję potrzeby nowego spojrzenia na komunikowanie się z obywatelami, zasygnalizowaną skutecznie w Krynicy, potraktować chcę jako zapowiedź opisu ważnego fragmentu najnowszej książki Manuela Castellsa „Communication Power”, która ukazała się niecałe dwa miesiące temu w Oxford University Press. Jeżeli ktoś jest nią zainteresowany, to zapraszam w najbliższą srodę na swojego bloga.

czwartek, 3 września 2009

Obywatelskie zaangażowanie Internautów


The Pew Internet & American Life Project opublikował interesujący raport na temat Internetu i obywatelskiego zaangażowania w USA. Badanie przeprowadzono w sierpniu 2008 roku, czyli w okresie szczytu zaangażowania Amerykanów w kampanię wyborczą. Niemniej wnioski są interesujące i warto się nad nim pochylić. Z subiektywnego punktu widzenia najciekawsze z nich, to:

- Brak jasnej odpowiedzi na pytanie, czy zaangażowanie w politykę online młodych ludzi przekłada się w długiej perspektywie na ich bezpośredni udział w procesach politycznych, takich jak udział w wyborach, prowadzenie kampanii offline, komunikowanie się z wybranymi urzędnikami, etc. Choć trzeba przyznać, że kampania i sukces wyborczy Baracka Obamy są odpowiedzią na to pytanie (w raporcie widoczna jest również ogromna różnica między donatorami Republikanów i Demokratów w sieci. Tylko 18 proc.wspierających Republikanów czynilo to online, u Demokratów 39 proc.). Odpowiedzią pozytywną są również blogerzy i uczestnicy społeczności, o czym za chwilę.

- Inernauci aktywni online są również bardziej aktywni offline. I jest to zasada ogólna dotycząca różnych grup wiekowych. Najaktywniejsi obywatelsko w realu są interanuci prowadzący blogi i korzystający ze społeczności w sieci. Ich zaangażowanie jest dużo większe niż innych użytkowników Internetu.

- Daje to podstawę do zbudowania tezy, że w miarę rozwoju blogów i social networking zachowania obywatelskie charakteryzujące te grupy będą wspierać długookresowo wzorce postaw pro-obywatelskich (37 proc. użytkowników Internetu między 18-29 rokiem życia używa blogów i społeczności jako miejsca obywatelskiego zaangażowania, czyni tak tylko 17 proc.osób w wieku 30-49 lat, 12 proc. w wieku 50-64 i 10 proc.osób starszych)

- Istnieje bezpośredni związek między aktywnością obywatelską a przychodami i poziomem wykształcenia. Im wyższe dochody i wykształcenie tym większe zaangażowanie zarówno online jak i offline.

- Osoby komunikujące się z instytucjami publicznymi za pośrednictwem e-maili są dużo bardziej usatysfakcjonowane uzyskaniem odpowiedzi niż czyniący to tradycyjną drogą telefoniczną, listowną lub poprzez kontakt bezpośredni.

Ostatni punkt powinien przykuć uwagę przedstawicieli administracji, bo jest szansą na poprawę opinii o jakości obsługi obywateli.

Komentatorka badań, Julie Barko Germany z Uniwersytetu Waszyngtona, oceniła, że głównym wnioskiem na przyszłość jest wielkie zadanie uświadomienia obywatelom wagi i użyteczności narzędzi Internetowych oraz nauczenie ich korzystania z szerokiej gamy możliwości komunikacyjnych. Podkreśliła, że główną rolę w tym procesie odegrać mogą publiczne biblioteki.

Na doswiaczeniach amerykańskich uczyć można się również w Polsce. Moją uwagę w komentarzu Germany zwróciło położenie nacisku na rolę bibliotek publicznych w edukacji internetowej. Tym bardziej, że mam przyjemność uczestniczyć zawodowo w podobnym przedsięwzięciu w Grupie TP. Przypomnę, że w sierpniu MKiDN, MSWiA, Grupa TP i Fundacja Rozwoju Społ. Informacyjnego podpisały porozumienie o internetyzacji polskich bibliotek gminnych i stworzenia z nich centrów kulturalno-społecznych w gminach, gdzie również będzie można uczyć się korzystania z nowych narzędzi komunikacyjnych. W przygotowywaniu tego przedsięwzięcia bazowano, między innymi, na wzorcach amerykańskich. Świat okazuje się mały.

piątek, 7 sierpnia 2009

Media politics i jej konsekwencje w/g Manuela Castellsa

W czerwcu gościł w Polsce prof. Manuel Castells, jeden z najbardziej znanych na świecie socjologów zajmujących się nowymi mediami. (Nieskromnie - trudno - mogę powiedzieć, że byłem jednym z inicjatorów zaproszenia prof. Castellsa do Polski). Z punktu widzenia wielu ideowych poglądów, to bohater innego świata niż mój. Jednak jego prace i opinie na temat komunikacji są szalenie ciekawe. Dlatego kilkakrotnie będę do niego wracał.

Podczas swojego wystąpienia skupiał się wokół tematów poruszanych w swojej najnowszej, właśnie wydanej i nieznanej nam jeszcze, książe „Communication Power”. Sięgnąłem też do jednego z jego tekstów „Communication, Power and Counter-power in the Network Society”, świetnie korespondującej z wygłoszonym w Polsce wykładem.

Media politics

Castells używa sformułowania „media politics”. Mówi, że polityka dzisiaj, to właśnie „media politics” i tak się ją powinno nazywać. Nie oznacza to jednak, że władza jest w rękach mediów, ale że media stanowią dzisiaj ramy, przestrzeń, uprawianej polityki. Sama władza – jak przyznaje – jest dużo bardziej skomplikowanym mechanizmem, by móc powiedzieć, że należy ona do mediów. Szczególnie w społeczeństwie sieci. Prawdą jest jednak, że to, co nie istnieje w mediach, nie istnieje publicznej świadomości, nawet jeżeli fragmentarycznie obecne jest w świadomości jednostek. Głównym motorem tej przestrzeni jest telewizja. Z tego względu przekaz polityczny jest dzisiaj przekazem medialnym, wymagającym znajomości specyficznego języka mediów. Castells twierdzi, że nie do końca prawdą jest sformułowanie, iż medium jest przekazem (McLuhan). Ma jednak ogromny wpływ na formę i znaczenie tego przekazu. Z tego powodu najsilniejszym przekazem jest maksymalnie uproszcozny komunikat powiązany z wizerunkiem/obrazem, a najprostrzym z możliwych przekazów jest ludzka twarz.

Polityka spersonalizowana – polityka skandalu

To powoduje, że polityka staje się bardzo silnie spersonalizowana, a więc związana z konkretnymi ludźmi, ich emocjami, wadami i zaletami. Skupiami się nie na meritum, lecz na człowieku. Pogramy polityczne nie są już dla nas istotne. Tak wygląda dopasowanie się do reguł uwtorzonych przez media. Potencjalni wyborcy nie muszą zapoznawać się z politycznymi agendami, bo nieustającym źródłem wiedzy i raportów politycznych są media. Zaufanie polityków staje się więc główną wartością. Największą bronią zaś – możliwości zniszczenia tej wiarygodności. Zdaniem autora na utratę wiarygodności przez oponenta pracuje dzisiaj cała maszyneria z zapleczem organizacyjnym i finansowym. To doprowadza nas w końcu do ery polityki skandalu związanego z walką konkurencyjną między partiami i politykami.
W jednej z rozmów Manuel Castells stwierdza również, że w oczywisty sposób (w kontekście telewizji szczególnie) prowadzi to do bipolarnego rozumienia polityki. Stąd jest ona jeśli nawet nieoficjalnie, to faktycznie podzielona na dwa główne bloki. Co ciekawe, stwierdza również, że dzisiejszy wyborca, wkutek silnego spersonalizowania polityki i rządzącego w niej skandalu, głosuje raczej przeciwko komuś/czemuś, niż za czymś/kimś.

Kryzys legitimizacji władzy ?

Na podstawie przytoczonych danych (z 2000 i 2002 roku) stawia tezę, że nastąpił kryzys legitymacji władzy. 59 proc. Amerykanów i 61 proc. mieszkańców Unii Europejskiej jest przekonanych, że kraje nie są rządzone zgodnie z wolą ludzi. Można wysnuć więc wniosek, że polityka skandalu – o ile nie musi wpływać bezpośrednio na poziom frekwencji – to z pewnością powoduje ogólny brak zaufania do polityki. Krzysys legitimizacji związany bezpośrednio z kryzysem tradycyjnych form społeczeństwa obywatelskiego, zależnego w dużym stopniu od instytucji państwa.

Przestrzeń realnej komunikacji

Szansą na przełamanie tego kryzysu jest masowa samo-komunikacja związana z rozwojem Internetu, dająca możliwość uwolnienia się od reguł ustanowionych przez mainstreamowe media i upodmiotawiająca jej uczestników. [Internetu traktowanego jako szeroka platforma, nie jako jedno z mediów]. Formowanie publicznej świadomości przesuwa się z instytucji do przestrzeni realnej komunikacji. Politycy doskonale to wyczuwają i próbują obchodzić je lobem dzięki możliwościom stwarzanym przez nowe technologie. 24-godzinny obieg informacji daje szansę zaistnieć tym, którzy dotąd byli niedostrzegalni. Mainstream korzysta z tego również, czerpiąc informacje i obrazy z sieci. Szanse niezależnych społecznych graczy na zaistnienie radykalnie się zwiększyły i dają możliwość wpływania na rzeczywistość silniej niż kiedykolwiek.

czwartek, 26 marca 2009

Polskie wybory jeszcze długo nie będą rozstrzygać się w Internecie

Prezydent USA rozpoczyna nowy rozdział w dialogu władzy z obywatelami. Tym razem zaprasza wszystkich do zadawania pytań drogą elektroniczną i deklaruje, że się do nich odniesie. Na pierwszy rzut problematyka ekonomiczna. Wczoraj Gazeta Wyborcza, piórem Vadima Makarenko, relacjonuje arcyciekawą rozmowę z Joe Rosparsem, odpowiedzialnym w sztabie za nowe media.

Wielu internautów i specjalistów od komunikacji marketingowej, poruszonych przeciereniem nowych szlaków komunikacji przez Baracka Obamę, twierdzi, że następna kampania w Polsce rozstrzygnie się w Internecie. Otóż nie rostrzygnie się ona w Internecie, ani w najbliższych wyborach, ani prawdopodobnie w kolejnych. Przynajmniej w rozumieniu amerykańskim.
Sytuację tłumaczą dzisiejsze doniesienia prasowe, przede wszystkim Rzeczpospolitej, która przedstawia wyniki rankingu Światowego Forum Ekonomicznego w dziedzinie społeczeństwa informacyjnego oraz (wczoraj) raport Komisji Europejskiej w zakresie rynku telekomunikacyjnego.
W tym pierwszym znajdujemy się na 69.pozycji i jesteśmy najgorsi w regionie. Brano w nim pod uwagę stan infrastruktury, poziom spraw urzędowych, które obywatel może załatwić w sieci, stan prawny, wykorzystanie Internetu w edukacji, etc. Prześcignęły nas takie kraje jak Bułgaria, Ukraina, Rumunia czy Czechy. W Rzeczpospolitej czytamy:
„Pozycja Polski wśród krajów regionu się pogarsza – czytamy w raporcie. – Dzieje się tak mimo dobrych tendencji, jak np. rosnąca liczba internautów (ostatnio w Polsce zbliżyła się do 17, a według Komisji Europejskiej nawet do 20 mln) – mówi „Rzeczpospolitej” Irene Mia ze Światowego Forum Ekonomicznego. – Aktywność polskiego rządu w stymulowaniu rozwoju technologii i społeczeństwa informacyjnego jest zbyt mała. Wasz kraj mógłby być regionalnym technologicznym i internetowym liderem, ale nie wykorzystuje swojego ogromnego kapitału ludzkiego – dodaje Irene Mia. Eksperci ostrzegają też przed skutkami wykluczenia cyfrowego. – Dostępność szybkiego Internetu i jego wykorzystanie w dużych miastach wyglądają jeszcze nie najgorzej. Polskie aglomeracje radzą sobie nawet lepiej niż podobne miasta w krajach regionu. Jednak poza metropoliami sprawy wyglądają bardzo źle, głównie z powodu braku inwestycji w infrastrukturę telekomunikacyjną.”

"Eksperci apelują o większą aktywność polskiej administracji. – Presja klientów nie wystarczy, by napędzić rozwój rynku – mówi „Rz” Irene Mia z Forum. Z tą diagnozą zgadza się Paweł Malak, dyrektor generalny polskiego oddziału koncernu informatycznego Cisco. – Problemem jest klincz między regulatorem rynku, Urzędem Komunikacji Elektronicznej, a operatorem dominującym – TP SA – który nie ma motywacji do rozwijania infrastruktury."

Wczoraj również Rzeczpospolita informowała o raporcie Komisji Europejskiej sygnalizując, że zasadniczym problemem, zniechęcającym przez inwestycjami na rynku, jest niestabilność tego rynku, powodowana w dużej mierze ciągłymi zmianami decyzji regulatora i ich nieprzewidywalnością. To z kolei zniechęca do inwestowania. Sama Komisja przyznaje, że skargi na UKE w tym zakresie składają wszyscy operatorzy, a nie tylko Telekomunikacja Polska [ja pracuję w TP – przyp. autor], podkreślając przede wszystkim brak konsultacji z rynkiem.

Gazeta pisała: „- Polska tradycyjnie jest w dolnej części listy w dostępie do szybkiego Internetu szerokopasmowego – zauważa komisarz Reding. Nasza pozycja co prawda nieco się poprawiła, bo w 2007 r. gorsza od Polski była tylko Bułgaria, a teraz są jeszcze Słowacja i Rumunia. Ale to niewielkie pocieszenie. Wciąż tylko 13,2 proc. mieszkańców ma dostęp do szybkich łączy, w porównaniu z unijną średnią 22,9 proc. W najlepszej pod tym względem Danii ten wskaźnik wynosi 37,3 proc. Co gorsza, szybkie łącza w Polsce w większości są faktycznie wolne i przesyłają dane w tempie niższym niż 2 Mb/sekundę.”

W pierwszym rankingu USA znajduje się na trzecim miejscu. W jednym i w drugim Polska jest na mało satysfakcjonujących pozycjach. Kiedy w Europie Zachodniej dyskutuje się o światłowodach, my jesteśmy na etapie pomysłów tzw. „darmowego Internetu”, który pozwoli nam co najwyżej odebrać e-maila, a i to nastąpi za kilka lat. To smutna prawda wskazująca na istnienie jakiegoś grzechu charakterologicznego, który nie pozwalał nam jak dotąd na ogólnopaństwowe porozumienie i wyznaczenie sobie strategiocznych celów dla Polski, takich jak budowa infrastruktury, w tym nowoczesnej infrastruktury telekomunikacyjnej, która – czy nam się to podoba, czy nie – jest dzisiaj kołem zamachowym rozwoju świata. W tej dziedzinie należy podejmować decyzję w perspektywie dwudziestu lat do przodu, a później konsekwentnie się ich trzymać. Nie można - jako kraj - zmieniać zdania po każdych wyborach lub, po prostu, go nie mieć. Biorąc pod uwagę pewną potencjalną stabilizację polityczną, obecny rząd stoi przed szansą ustalenia i realizacji takich celów. Pytanie, czy w naszych warunkach istnieje w ogóle szansa na porozumienie wszystkich sił politycznych?
Tak więc zapał wszystkich sądzących, że najbliższa kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego będzie przebiegała w iście amerykańskim (czytaj Obamowym) stylu, realia powinny mocno ostudzić. Pod względem kreatywnych rozwiązań pewnie potrafimy gonić czołówkę, ale ze skutecznością w ich wykonaniu będziemy musieli jeszcze trochę poczekać.

środa, 11 marca 2009

Dostało się Obamie za dystans wobec blogów


No i dostało się prezydentowi Obamie za to, że w rozmowie z dziennikarzami The New York Times zdystansował się od treści płynących z blogosfery na temat radzenia sobie z kryzysem ekonomicznym. Prezydent wyraził wątpliwość, co do prostych recept w nich prezentowanych. Jeden z autorów, blogerów, The Huffington Post wyraził swoje oburzenie i postanowił dać prezydentowi lekcję. Poinstruował go, że znajdzie w sieci również blogi wielkich postaci światowej ekonomii (np. Joseph Stiglitz), z których czerpać może ambitne treści.
Abstrahując od kontekstu, wątpliwości prezydenta są zrozumiałe. Jednak czy Obama może sobie pozwolić na takie zachowanie? Człowiek, który – według niego samego – dzięki Internetowi zdołał otworzyć nowe pola dyskusji z obywatelami na temat potrzebnych zmian i w konsekwencji wygrać wybory. Przypomnijmy, że zorganizował on najbardziej imponującą kampanię wyborczą (prawdopodobnie), stwarzając z Internetu wielką platformę do komunikowania się ze wszystkimi grupami społecznymi: wyborcami, wolontariuszami, zawodowym zapleczem. Profesjonalnych porad udzielali mu najwięksi spece od biznesu Internetowego, w tym CEO Google, Eric Schmidt. Internet stał się dla niego narzędziem towarzyszącym i sterującym całą kampanią (np.kampanie od drzwi do drzwi, którym towarzyszyła budowana na zasadzie serwisu społecznego baza danych z instrukcjami dla prowadzących rozmowy z mieszkańcami, to samo dotyczy paneli do zbiórki pieniędzy, etc.). Po wyborach jego sztab dysponuje ponad 13.milionami adresów, które z pewnością wykorzysta do prowadzenia polityki informacyjnej. Sam Obama wygłaszał swoje orędzia właśnie w Internecie, prowadził bloga, wykorzystywał Twittera i pokazywał wszystkich, że non stop jest online dzięki Black Berry. Na swojej pierwszej konferencji prasowej, jako prezydent USA, zaprosił do zadania pytania blogera, dziennikarza pracującego dla The Huffington Post. Przedstawiono to w blogosferze jako wydarzenie bez precedensu. Pierwszy bloger członkiem prasowego korpusu Białego Domu (co prawda ten bloger, to profesjonalny dziennikarz, ale zawsze bloger). Kiedy weźmie się pod uwagę te fakty, to rzeczywiście komentarz dla NYT potraktować można jak wpadkę.

czwartek, 26 lutego 2009

Dystans studentów do polityki ?

Wraz ze studentami zakończyliśmy semestralne ćwiczenia z politycznego PR w Instytucie Politologii UKSW w Warszawie. Jako semestralne zadanie studenci, podzieleni na grupy, przygotowywali strategie PR dla wybranych przez siebie polityków, partii, instytucji publicznych lub gospodarczych. W związku z tym, że zajęcia prowadzone są dla studentów politologii byłem przekonany, że większość wybierze znanych wszystkim publicznie aktorów sceny politycznej. Głównie ze względu na stosunkowo łatwo dostępne materiały niezbędne do analizy sytuacji wyjściowej, otoczenia, etc. oraz łatwiejszą identyfikację z konkretną osobą lub powszechnie znaną partią. W rzeczywistości tylko jedna studentka wybrała strategię PR posła, na temat którego pisze jednocześnie pracę magisterską. Reszta wybrała merytoryczne (pozapartyjne) obiekty swoich zainteresowań, takiej jak reforma ministerstwa zdrowia, Fundacja Odpowiedzialność Obywatelska, czy uczelniany Instytut Politologii. Okazuje się, że podobny mechanizm działa również na innych zajęciach. Oznaczać to może, że młodzi przyjaciele cechują się dużym dystansem do polityki, szczególnie rozumianej w kategoriach partyjnych. I to nawet w tak niereprezentatywnej grupie jak studenci politologii. Jeżeli przy wyborze własnych strategii życiowych definiować będą sobie politykę jako służbę publiczną, to dobrze. Jeżeli jednak spowoduje to dystans do wszystkiego, co publiczne, to fatalne dla Polski.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Rozliczanie dziennikarzy


Okazuje się, że nawet w Stanach Zjednoczonych nadszedł czas rozliczania dziennikarzy za sposób relacjonowania przez nich kampanii prezydenckiej. Zajmuje się tym, między innymi, Greg Mitchell, którego tekst zamieszczony jest na portalu The Huffington Post. To także autor najnowszej książki o kampanii Baracka Obamy „Why Obama Won: The Making of a President 2008. Dostaje się również wspominanemu przeze mnie Stephanopolousowi za prowadzenie debaty Obama-Clinton, w trakcie której dziennikarz ABC News dużo bardziej zainteresowany był historycznymi decyzjami męża Hillary oraz związkami Obamy z pastorem Jeremiah’a Wrightem niż wojną w Iraku, Afganistanie, systemem ubezpieczeń zdrowotnych, czy złym stanem gospodarki. Jeden z generalnych zarzutów brzmi: duża część dziennikarzy w ogóle nie interesowała się problemami obiektywnie ważnymi dla przyszłości Stanów. Mitchell chłoszcze dziennikarzy za tworzenie atmosfery zagrożenia dla Ameryki wynikającej z „miękkości” i braku doświadczenia ówczesnego kandydata na prezydenta. Wielu z dziennikarzy posunęło się do osobistych uwag nazywając go „mięczakiem” w sytuacji, kiedy Biały Dom potrzebuje prawdziwego „macho” (telewizja MSNBC). W poważnych, mainstreamowych, mediach podważano jego patriotyzm i poczucie amerykańskości. Krytyce poddani zostali dziennikarze The New York Times, The Wall Street Journal oraz The Washington Times.

Obawiam się, że z obrazu tworzonego przez Mitchell’a można wyciągnąć wniosek, że prezydent Obama wygrał wybory wbrew najważniejszym mediom i publicystom. Taką wizję uważam za całkowicie błędną. Podoba mi się jednak, że ktoś się temu przygląda i opisuje przykłady przekroczenia granic dyskusji dziennikarskiej (jeżeli one istnieją) oraz formułowania sądów, odczytywanych z perspektywy czasu jako nieprawdziwe, a często „ nieuczciwie stronnicze”. Tym razem robią to zwolennicy Demokratów. Z kolei na Pajamasmedia.com i innych prawicowych portalach znajdziemy konserwatywne głosy krytyki płynące pod adresem mediów lewicowych (liberalnych). Jeżeli przyjmujemy, że media stanowią (w przenośni) „czwartą władzę”, to ona również podlegać powinna „kontroli”. Piątą z nich mogą być media i eksperci opisujący prace dziennikarzy, rozliczający ich z rzetelności i uczciwości zawodowej. To właśnie robi Mitchell. Tym samym zajmują się zakorzenione w amerykańskiej praktyce instytucje typu watchdogs. Ale o tym już innym razem.
(zdjęcie pochodzi z serwisu http://www.huffingtonpost.com/; po prawej George Stephanopolous)

czwartek, 12 lutego 2009

Republika elektroniczna

Pisałem w sobotę o dyskusji na temat demokracji medialnej, w dużej mierze na podstawie „Republiki elektronicznej” Lawrence’a Grossmana. Dzisiaj kilka słów na ten temat.

Charakterystyka republiki elektronicznej:

- Obserwujemy dochodzenie do nowej formy demokracji bezpośredniej, w której opinia publiczna staje się IV władzą. Dzieje się tak wskutek rozwoju nowych technologii telekomunikacyjnych i nowoczesnego oprogramowania: Internet, telefon, realizowane non stop badania opinii, blogi, serwisy informacyjne, kanały informacyjne TV, media interaktywne, etc.
- Mamy do czynienia z pierwszym pokoleniem liderów politycznych, zwracających się w jednym czasie do całej populacji. Po raz pierwszy możemy również zobaczyć, usłyszeć i niemalże natychmiast osądzić liderów politycznych. Ci, z kolei, w tym samym czasie dowiadują się o naszych ocenach.
- Już niebawem obywatele będą mogli uczestniczyć w kształtowaniu praw i strategii politycznych, a być może także codziennych decyzji dotyczących ich społeczności lokalnych, regionu, kraju.
- Wskutek powrotu do demokracji bezpośredniej istnieje prawdopodobieństwo zakwestionowania zasady trójpodziału władzy. Grossmann: „[…] Powinniśmy zmierzyć się z obietnicami i groźbami republiki elektronicznej. Może ona sprawić, że rządy staną się głęboko wrażliwe na oczekiwania ludzi. Lecz jednocześnie może tę wrażliwość doprowadzić do niebezpiecznej skrajności, otwierając pole manipulacji, demagogii i tyranii większości […]”
- Republika elektroniczna niesie ze sobą wiele zmian w postawach polityków i zwykłych obywateli. Powszechne staje się pomniejszanie kompetencji urzędnikom i politykom. Dochodzić może również do tego, że politycy w celu wygrania wyborów będą zaprzeczać swojej polityczności: „By liczyć na wybór, nawet politycy sprawujący urząd, muszą być przeciw władzy i opowiadać się za ograniczeniem jej kompetencji”.
- Ogromny wpływ na te postawy ma telewizja. Grossmann buduje tezę, że im częściej telewidzowie oglądają swoich polityków w akcji, tym mniej chętnie akceptują, co im pokazano: przed wyborami prezydenckimi w 1992 roku w USA 72 proc. wyborców uważało, że ich przywódcy stracili kontakt z wyborcami, 66 proc. skarżyła się na poczucie bezsilności, 61 proc. była przekonana o faktycznym braku zainteresowania ich sprawami ze strony polityków.
- Autor przytacza również list przesłany do redakcji gazety, w którym czytelnik porównuje współczesne czasy do zmierzchu Cesarstwa Rzymskiego: „Najtrafniejszą analogią byłyby rzymskie akwedukty. Wyrafinowana technologia służyła dostarczaniu wody do domów prywatnych, łaźni, publicznych i pałaców cesarskich. Akwedukty były niewątpliwie wielkim osiągnięciem. Rury akweduktów były jednakże zrobione z ołowiu i ludność powoli, niepostrzeżenie uległa zatruciu, Niektórzy historycy uważają zatrucie wody ołowiem za główną przyczynę upadku Cesarstwa Rzymskiego”. Współczesnymi akweduktami są kanały telewizyjne.

Pomimo tego, że książka Grosmana ukazała się w 1995 roku, to jest ona bardzo aktualna. Sprzyja poważnej refleksji nad siłą mediów i ich wpływie na nasze życie. Rozwój nowych mediów doprowadza do budowania e-państwa, ze wszystkimi e-formami aktywności obywatelskich. Politycy radykalnie zmienili w ostatnich latach swoje relacje z mediami, do tego stopnia, że agenda polityczna podporządkowana jest (niemalże) w pełni pracy mediów. Nawet zachowania związane z „tanim państwem” i zmniejszaniem kompetencji administracji jak ulał pasują do opisu poczynionego przez amerykańskiego miedioznawcę. A z czym mamy do czynienia, kiedy czytamy co chwilę, że nawet niektórzy posłowie zaprzeczają swojemu politycznemu zaangażowaniu? Twierdzą tak, ponieważ ich szanse wyborcze i/lub wizerunek na tym zyskują. Wszystko, co „polityczne” ma znaczenie pejoratywne. Co chwilę, pod wpływem tabloidów, dyskutuje się o rezygnacji z poselskich „trzynastek”, a także ministerialnych i urzędniczych premii.
Jak wiele zjawisk, również fenomen republiki elektronicznej niesie ze sobą szanse i zagrożenia:

Szanse
Upodmiotowienie opinii publicznej
Postępująca edukacja medialna zwiększająca świadomość społeczną
Profesjonalizacja sfery publicznej
Zwiększenie aktywności obywatelskiej
Tworzenie nowych społeczności i grup nacisku dzięki wykorzystaniu nowych technologii

Zagrożenia
Manipulowanie opinią publiczną przez właścicieli mediów, nieuczciwych specjalistów od komunikacji i pracowni badań opinii
Dalsza tabloidyzacja mediów i języka przestrzeni publicznej
Indywidualizacja powodująca ucieczkę od aktywności obywatelskiej

wtorek, 10 lutego 2009

Blogi w mainstreamie

Warto odnotować ważny dla wszystkich blogerów fakt. Na wczorajszej, oficjalnej i transmitowanej na żywo, konferencji prasowej nowego prezydenta USA, Barack Obama zaprosił do zadania pytania dziennikarza-blogera (Sam Stein) z The Huffington Post. Jak donosi dumna z siebie redakcja, to wydarzenie bez precedensu w relacjach mediów z władzą w Stanach Zjednoczonych. Jestem przekonany, że tym tropem pójdą również niebawem inne kraje. Biorąc pod uwagę specyfikę funkcjonowania dość ekskluzywnego korpusu dziennikarskiego przy Białym Domu, to rzeczywiście ważny moment. W ten sposób blogi weszły to mainstreamu...

piątek, 6 lutego 2009

Społeczeństwo informacyjne w MSZ...

Usłyszałem przed chwilą w TVN24 wypowiedź ministra spraw zagranicznych, Radosława Sikorskiego, że dopiero teraz każdemu pracownikowi MSZ nadawane są adresy e-mail. Stworzona została również elektroniczna książka adresowa. Mówił to z ewidentnym zadziwieniem, że dzieje się to tak późno. Oczywiście należy się cieszyć, że zapóźnienia są naprawiane. Jeśli wziąć pod uwagę jak źle może wyglądać sytuacja w (niektórych) innych instytucjach publicznych, to napawa to pesymizmem. Od lat tematem bardzo modnym w Polsce jest "społeczeństwo informacyjne". Rząd przyjął strategię rozwoju społeczeństwa informacyjnego w Polsce. Zastanawiam się tylko, jak można ją realizować, kiedy niektóre z urzędów są na etapie przyznawania wszystkim pracownikom adresów e-mail. Przykład idzie z góry. Jestem głęboko przekonany, że jest to przykra konsekwencja traktowania administracji rządowej po macoszemu i "łatwych" oszczędności, czynionych najczęściej na samej administracji. Sprawne państwo musi posiadać sprawną administrację. Nowe technologie są tylko narzędziem, ale bez tego narzędzia ciężko dzisiaj mówić o skuteczności. Od władzy wszędzie zależy wiele: przyszłość poszczególnych rynków i firm, rozwój obywateli i inicjatyw pozarządowych. Mamy ogromny balast mentalnego obciążenia po czasach komunizmu, z którego wynieślismy brak szacunku do państwa. Jeżeli mamy je dzisiaj odbudowywać, to aparat tego państwa nie może odbiegać o dziesięć długości od standardów codziennego życia obywateli i firm. Nie musi się ścigać z firmami telekomunikacyjnymi, ale nie powinien też przypominać tych firm w roku 1990. Liczmy, że strategia tworzona i realizowana w MSWiA będzie skutecznie wdrażana i kontynuowana przez kolejne rządzące drużyny. Bo w tej sferze w cztery lata nie buduje się nowoczesnej infrastruktury.