Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 września 2009

Skuteczny vox populi

Rozmawiałem przed chwilą z kolegą z pracy na temat opiniotwórczej siły Interneautów. Skłoniła nas do tego sprawa zatrzymania w Szwajcarii Romana Polańskiego.

Z rozmowy płyną dwa wnioski, które same z siebie nie są odkrywcze, ale...:

- Sieć staje się ogromnie opioniotwórczym miejscem, mającym niespotykany dotąd wpływ na media tradycyjne i polityków.

- Media mainstreamu coraz bardziej stają się niereprezentatywne dla przeciętnego obywatela.

Dzień po zatrzymaniu reżysera gazety pełne były komentarzy oburzonych artystów, ludzi filmu, polityków, krótko mówiąc elity. Tego samego dnia rano, jadąc samochodem, wysłuchałem poranka w Radiu TOK FM. Kilka razy w przeglądzie prasy, a następnie w serwisie informacyjnym, prowadzący, relacjonując doniesienia dzienników, podkreślał, że opinie Internautów są radykalnie odmienne i nieprzychylne traktowaniu Romana Polańskiego inaczej niż normalnego obywatela. Ciśnienie to było tak silne, że w kolejnym dniu ton przekazów gazetowych oraz stacji radiowych i TV zmienił się nie do poznania. Głosy te są już dużo bardziej zróżnicowane. Mój kolega uważa również, że politycy, wyczuwając realne nastroje społeczne, zmodyfikowali swoje stanowisko, a sam premier wezwał do rozsądku w ocenach i traktowania sprawy jako obyczajowo-karnej, a nie patriotycznej. Czy jest to tylko przypuszczenie, czy fakt? Nie wiem. Zjawisko zasługuje jednak na uwagę. Każdy z nas czuje trochę na plecach nową formę vox populi. "Ale" związane jest z tym, że mamy raczej tendencje do twierdzenia, iż ruch w sieci jest ogromny, ale mainstream go ignoruje lub celowo przemilcza. W tej sytuacji stalo się inaczej.

Można odnieść wrażenie, że w niektórych przypadkach media głównego nurtu bardzo odbiegają od opinii masowego odbiorcy. Jak zwykle w życiu bywa, czasami to dobrze, a czasami niebezpiecznie. Dyskusja o wolności słowa i poszerzaniu agory sporu/sporów różnych racji jest dzisiaj bardzo potrzebna. Nie dotyczy ona tylko teorii prawa, ale przede wszystkim nowego podejścia do zmieniającej się dużo szybciej niż procesy legislacyjne, rzeczywistości mediów i ich coraz nowszych form.

Jeżeli temat wolności mediów kogoś interesuje, to zapraszam jutro na bloga. Przedstawię „manifest wolności mediów”, z jakim wystąpili amerykańscy intelektualiści związani ze środowiskiem konserwatywnym.

czwartek, 10 września 2009

Nowy Dziennik Gazeta Prawna na Forum Ekonomicznym w Krynicy


Przez moment Krynica stała się miejscem ciekawego starcia dwóch gazet.
Od dawna – jako partner Forum – rządzi tu Rzeczpospolita. Można ją dostać w Krynicy wszędzie. Rzepa poświęca dużo miejsca panelom i tematom pojawiającym się podczas Forum. W zeszłym roku redagowała specjalny dodatek wychodzący tylko w Krynicy.

W tym roku uczestnicy Forum (tylko uczestnicy) otrzymali również specjalny numer Dziennika Gazeta Prawna. Infor złożył nową gazetę dokładnie w taki sposób jak wyjdzie ona 14 września, czyli trzy w jednym (strony białe, żółte i łososiowe). Metoda nieco partyzancka, ale trzeba przyznać trafiona biorąc pod uwagę grupę odbiorców. Nowy tytuł pokazuje się na rynku w trudnym czasie w kontekście budżetów reklamowych. Krynica to świetne miejsce na zaprezentowanie się decydentom i kreatorom opinii. Mówię o metodzie nieco partyzanckiej, bo rządzi tu jednak niepodzielnie Rzeczpospolita i trzeba jej oddać honor. Dziennik Gazeta Prawna rozdawany był uczestnikom tylko w miejscach nieobjętych umową między organizatorem Forum a Rzeczpospolitą. Pojawił się też dość późno. Ja otrzymałem swój egzemplarz ok. 12.30.

Z pierwszego numeru jasno wynika, że nie będzie to tytuł z silnym ideowym przesłaniem. Większość tekstów w dziale kraj i świat dotyczy styku polityki (i życia społecznego) z gospodarką. Spotkałem dwóch naczelnych innych tytułów. W ich opinii każda silna gazeta potrzebuje mieć swoją tożsamość ideową, własny charakter. Szefowie nowego Dziennika Gazety Prawnej uważają inaczej, wierząc w treści gospodarcze i specjalistyczne. Kto ma w tym sporze rację, pokaże czas.

sobota, 5 września 2009

Nieprzyznawanie się do błędów drogą donikąd

Gorąco polecam wpis Marka Millera na jego blogu, poświęconym błędowi popełnionemu przez Financial Times w opisie sprzedaży największych dzienników na świecie. Marek z kolegą postanowili to sprawdzić i wypomnieć błąd FT. Redakcja podziękowała za wskazanie błędu i poprawiła tekst wiszący już na stronie Internetowej. Nie przyznała się jednak publicznie do błędu, nie przeprosiła czytelników za pomyłkę, pomimo tego, że jako jeden z najbardziej opiniotwórczych tytułów na świecie tekst pierwotny cytowany był przez niezliczoną liczbę serwisów branżowych. O szczegółach można przeczytać na blogu.

Wpis ten skłonił mnie do refleksji nad paradygmatem obowiązującym w środowisku profesjonalnych mediów. Spotkał się z nim chyba każdy PR-owiec, szef firmy, polityk, czy lider dużych projektów społecznych, słowem - każdy, komu na sercu leży, co o jego przedsięwzięciach donoszą media. Tym paradygmatem jest całkowite NIEPRZYZNAWANIE SIĘ DO BŁĘDÓW.
Nawet jeśli redakcja wie, że podała nieprawdziwe informacje i na drodze prawnej doszło do zmuszenia jej do sprostowań i przeprosin, to w wielu przypadkach podaje się je w miejscu nie do zauważenia przez masowego czytelnika lub widza i opatruje się dodatkowo komentarzem, którego wymowa jest taka, że „drukujemy, ale i tak mamy rację” lub „coś jest na rzeczy”. Inne sprostowania i odpowiedzi w 99 proc. trafiają do kosza.

Mam wrażenie, że powodem jest źle pojęta duma, o której pisze Marek Miller. Prawdopodobnie wychodzi się z założenia, że przyznanie się do błędu jest oznaką słabości i grozi atakiem konkurencji lub utratą audytorium. Dziennikarz z pozycją i medium ze znaną w całej Polsce marką nie mogą przecież popełniać błędów. Tymczasem w dobie wszechobecnej komunikacji, przyjmowania ról mediów przez zwykłych obywateli/konsumentów i działań typu „mówimy potężnej gazecie sprawdzam” przez ekspertów, to właśnie tego typu uparte i zamknięte postawy narażają media mainstreamu na utratę wiarygodności.

Zachowania takie są dziwne tym bardziej, że kiedy rozmawia się z profesjonalnymi dziennikarzami i pyta o ich punkt widzenia, to zawsze zalecają naukę mówienia „przepraszam”. Wiedzą, że w dłuższej perspektywie postawa pokory wobec popełnionego błędu buduje naturalną wiarygodność. Przecież media, to ludzie, a ludzie mają prawo do pomyłek. Jednak pomyłki masowo rozpowszechniane powinny być prostowane na oczach masowego audytorium.

To banał, ale element tego samego problemu, więc go poruszę. Znamy przykłady „skazywania” ludzi i firm, w zastępstwie sądów i klientów, zanim zapadną jakiekolwiek wyroki. Informacje takie stanowią jedynki serwisów radiowych, TV i czołówki gazet. Po miesiącach, a czasami latach, okazuje się, że prawda wygląda inaczej i popełniono błąd. Jeżeli informacje te pojawiają się w mediach, to i tak nie są już „jedynkami” i docierają do znikomego grona odbiorców.

Takie postawy będą musiały się zmieniać. Nikt nie podważa roli mediów profesjonalnych w naszym życiu, a ja osobiście życzę im jak najlepiej. Postawy mediów, tak samo jak firm i osób publicznych, muszą być budowane na naturalności. Jeżeli popełniamy błąd, to powinniśmy za ten błąd przeprosić. Życie ludzi jest przecież wielowymiarowe. Nie zawsze mamy rację, czasami zmieniamy zdanie. Dlaczego to ukrywać. Dlaczego to się musi zmienić? Bo coraz częściej takie błędy będą piętnowane w sieci i powodować będą realną utratę widzów, czytelników, słuchaczy, a tym samym konkretne straty finansowe.

W tym przypadku Marek Miller z kolegą posłużył za V władzę, kontrolującą wielką gazetą i podane przez nią informacje. Blogosfera, pełna ekspertów, będzie pełniła taką właśnie rolę. Takie role pełnią liczne watchdogs, które jestem pewien rozwijać będą się w Polsce z sukcesami. I ważne, by „wielkie” media, ich menedżerowie i dziennikarze, nie traktowali tego typu aktywności jako aktów wrogich wobec nich, bo tworzą je ludzie będący ich prawdziwymi pasjonatami. Mogą sobie wzajemnie wiele zawdzięczać. Wbrew temu, co niektórzy sądzą, jedni nie zastąpią też drugich :))

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Źródła internetowe wysoko w badaniach zaufania/blogi na końcu

Z eMarketera możemy się dowiedzieć (Global Online Consumer Survey przeprowadzony przez Nielsen), że najniższy poziom zaufania do reklam online występuje w Unii Europejskiej. Ufa im 36 proc. ankietowanych. Najwyższy notowany jest w Ameryce Łacińskiej (53 proc.).

Ciekawe są także wyniki, jakim źrodłom ufamy. Oczywiście na pierwszym miejscu znajdują się ludzie, których znamy. Ufa im w pełni oraz w pewnym stopniu aż 90 proc. badanych. Wysoko – bo na drugiej pozycji - plasują się strony internetowe (Brand Websites) 70 proc. zaufania (pełnego i w pewnym stopniu). Egzekwo znajdują się opinie klientów zamieszczane na forach internetowych. Tuż pod nimi artykuły prasowe (69 proc.).


Okazuje się, że informacje online cieszą się wysokim zaufaniem. W maju eMarketer publikował wyniki zaufania TNS. W każdym kraju informacje online znajdowały się na czołowych pozycjach. Najciekawsze wnioski, to:
- najbardziej ufamy ludziom, których znamy (42 proc.)
- telewizji (41 proc.)
- informacjom z internetu (40 proc.)
- gazetom (39 proc.)
- najniższe pozycje notują blogi (statystykę zawyża lekko Japonia i Korea Południowa) !!!!
- Wikipedia znajduje się na pozycjach środkowych

Niskie zaufanie do blogów znalazło swoje odzwierciedlenie również w Trust Barometer 2009 Edelmana. Blogom biznesowym – badanym po raz pierwszy (znak czasu ?!) ufało 19 proc.respondentów, prywatnym 16 proc., a ośrodkom społecznym 15 proc. (spadek o 5 punktów w stosunku do 2008 r.). Były to jedne z najniższych pozycji w rankingu.

Dużo pracy PR-owej przed wszystkimi. PR-owcy uczyć muszą się nowych reguł, a marketerzy zwrócić powinni się chyba bardziej w stronę PR-u :)). Jest o czym myśleć.

czwartek, 30 lipca 2009

Pogłoski o śmierci Polski The Times...

Alert24, a za nim inne serwisy, poinformował dzisiaj o kolejnych zwolnieniach w tytule Polska The Times (Polskapresse), z czego wysnuto wniosek, że tytuł upada. Tak twierdzą anonimowi informatorzy... W takim wypadku trudno nie brać pod uwagę aspektu konkurencji, bo przecież Alert24 należy do Agory. Zwolnień dokonuje się dzisiaj też w samej Agorze, Rzeczpospolitej, Axlu, znamy sytuację łączenia Dziennika z Gazetą Prawną (oczekiwanie na zgodę UOKiK, raczej formalną), w telewizjach i innych mediach. Pytanie więc, czy rzeczywiście serwisy, które podały informację o zamknięciu Polski, mają na tyle sprawdzone informacje. W tzw. „Warszawie” nie jest wielką tajemnicą, że do Polski przejść mają duże nazwiska dziennikarskie związane dotąd z Dziennikiem. Pisały o tym równiez serwisy branżowe.

Mam nadzieję, że informacja o transeferach dziennikarzy jest dużo bliższa prawdy niż informacje o zamknięciu. Byłoby to wielka strata dla rynku. Konkurencja jest zawsze zjawiskiem pozytywnym. Byłaby to też ogromna strata z punktu widzenia obywatelskiego, bo regionalne i lokalne tytuły są potrzebne naszej ciągle młodej demokracji, jak powietrze potrzebne jest nam do życia. W przeciwnym razie będziemy mieli do czynienia z informacjami regionalnymi i lokalnymi całkowicie tworzonymi w centrali, opierającymi się na źródłach "warszawskich". W takich warunkach jej odbiorca postrzegany jest raczej jako klient niż jako czytelnik i obywatel. Tytuły te wpisane są w naszą tradycję, bliższe są codziennych spraw, które nas bolą lub cieszą…, bo chodnik jest zbyt długo remontowany, przedszkole nie dostało pieniędzy z gminy, rada chce przegłosować nowy plan zagospodarowania przestrzennego w naszej miejscowości, a uczniowie z naszej szkoły zostali nagrodzeniu w konkursie wojewódzkim.

Oby nie sprowadzało się to do rozwiązań, o których pisałem przy okazji książki Erica Klinenberga. Opisywał on zabicie lokalnego dziennikarstwa poprzez zastępowania radia mówionego radiem wyłącznie komputerowym, z jedną centralą pracująca dla bardzo wielu rozgłośni.

Jeżeli nie będziemy mieli gazet o silnym zakorzenieniu regionalnym, to zdani będziemy na lokalne gazety wydawane przez urzędy, czyli zależne w pełni od władzy. Podobne rozwiązania dotyczą też rynku radiowego, gdzie koncesje należą do władz samorządowych. O tyle to absurdalne, że radio o niezależności może w takim przypadku zapomnieć.

Dochodzi jeszcze aspekt jakości dziennikarstwa. Nawet jeżeli bardzo na nią dzisiaj narzekamy, to lepiej ją ulepszać, niż "zabić". A głosy żądające tego drugiego nie są tak znowu nieczęste wśród głoszących rewolucję w mediach. Trzymać więc trzeba kciuki za wydawnictwa, by, nie tracąc najakośći, potrafiły stawać się multimediami.

A może metodę na skuteczność i przetrwanie gazet papierowych, opisaną na blogu przez Marka Millera, prowadzącą przez niszowość, trzeba wprowadzać w zycie.

wtorek, 17 marca 2009

Zmiana formuły tygodników i dzienników...(?)

Odbyłem niedawno ciekawą rozmowę z menedżerem dużej grupy medialnej w Polsce. Rozmawialiśmy oczywiście o kryzysie mediów drukowanych. Poddał on pod rozwagę bardzo ciekawą tezę. Otóż jego zdaniem tygodniki na świecie, a za nimi również i w Polsce, zamieniały będą się w rzeczywiste tygodniki analiz i opinii (niczym kwartalniki dzisiaj). Co za tym idzie, będą miały dużo mniejsze nakłady i wyższą cenę. Jego zdaniem dzienniki coraz bardziej wchodzą w rolę tygodników, czyli objaśniania rzeczywistości, szczególnie w kontekście bieżących wydarzeń (aczkolwiek nie tylko bieżących). Oznacza to, że przestają pełnić rolę głównych dostarczycieli newsów, ich nakłady będą odpowiednio niższe, a ceny wzrosną. W „nowym świecie” rolę rozprzestrzeniania newsów pełnią media elektroniczne. To ciekawe spostrzeżenie. Intuicyjnie trudno nie przyznać mu racji.

Co najmniej od kilku lat widoczny jest morderczy wyścig tygodników z dziennikami o newsy. Odbywa się on przede wszystkim w Internecie. Najlepszymi przykładami są tygodniki Wprost i Newsweek, które już od dobrych trzech lat publikują na swoich stronach Internetowych newsy, wielokrotnie prześigając w tym gazety codzienne. Tempo podkręciły też dzienniki. Wskaźnik cytowalności stał się powodem do dumy dla redakcji, choć jego liczenie jest dyskusyjne, bo wiele grup medialnych posiada różne rodzaje mediów, napędzając w ten sposób cytowalność włanych tytułów. W moim przekonaniu newsowość wpłynęła też zasadniczo na zmianę formuły tygodników, z których jedynie Polityka utrzymała w miarę klasyczną linię medium przedstawiającego przede wszystkim opinie i analizy. Rozumiem, że teza wspomnianego menedżera idzie w kierunku stwierdzenia, że ten wyścig nie skończył (lub nie skończy się) sukcesem, tak więc nastąpi przewartościowanie, które na nowo ustawi rolę tygodników (poważnych dostarczycieli opinii), dzienników (pogłębiających newsy i objaśniających bieżące wydarzenia) oraz Internetu (dostarczycieli newsów).

poniedziałek, 16 marca 2009

Spadki zaufania do mediów...

W ostatni weekend spotkałem się z kilkorgiem znajomych. Część z nich pracuje w kilku dużych grupach medialnych. Wszystkich łączy jeden temat – kryzys. Oczywiście wszyscy zadają sobie pytanie, w jakim stopniu kryzys dotknie ich osobiście. Dyskusje dotyczyły jednak również tego, co intuicyjnie wyczuwają wszyscy, a mianowicie całkowitego przeorania sytuacji na rynku mediów.
To przeoranie spowodowuje brak kluczowej wartości, szczególnie dla mediów i instytucji publicznych, czyli zaufania. Ostatnie wyniki raportu przeprowadzonego przez Edelmana w 20 krajach, Edelman Trust Barometer 2009 dają poważnie do myślenia.

Przede wszystkim pokazują one spadek zaufania do wszystkich źródeł, z jakich czerpiemy informacje. Na samym dole rankingu (przedostatnie miejsce) plasują się serwisy społecznościowe. Blogi są tuz przed nimi. Najwyżej cenione w Internecie są serwisy newsowe przeglądarek, np. Google News, Yahoo News. W ogólnym rankingu plasują się jednak na 7 miejscu.

Bardzo niepokojące (pytanie o ich reprezentatywność) wyniki dotyczą Polski. Okazuje się, że zaufanie do artykułów prasowych posiada tylko 14 proc. badanych, co daje spadek o 25 proc. w porównaniu z zeszłym rokiem. Serwisom telewizyjnym ufa o 14 proc. mniej badanych, a radiowym o 10 proc.

Kiedy na brak zaufania nalożymy finansowe skutki kryzysu ekonomicznego może się okazać, że za dwa lata obudzimy się w radykalnie innym świecie mediów. W każdym razie warto zastanawiać się i próbować wyciągnąć wnioski ze wskazanych tendencji. Kilka istotnych uwag:
- Co spowodowało w Polsce tak duży spadek zaufania do gazet, które wydają się być źródłem pogłębionych informacji, a więc (teoretycznie) komunikatu bardziej racjonalnego ?
- Czy spadek zaufania do wszystkich rodzajów mediów nie jest ceną płaconą za zjawisko tzw. tabloidyzacji, newsowości i nakręcenia spirali emocji za wszelką cenę?
- Istnieje ogromne ryzyko, że wszelkie niedoskonałości (lub patologie) funkcjonujące w mediach zostaną jeszcze bardziej pogłębione w czasie kryzysu ekonomicznego, wskutek walki z konkurencja o widza, słuchacza i czytelnika. W krótkiej perspektywie zawsze stosuje się maksymalizację obecnych strategii. Zmiana modelu funkcjonowania mediów i powrót do misji informacyjnej i edukacyjnej (w każdym razie zwiększenie ich wag) wymagałby przewartościowania w myśleniu każdego gracza. Nikt się na to szybko nie zdecyduje.
- Badania potwierdzają, że źródła internetowe wcale nie cieszą się tak wysokim zaufaniem jak głosi powszechna wieść. W związku z tym nie ma co szybko liczyć na pomysły ambitnego i profesjonalnego dziennikarstwa w Internecie (bo nie ma jak na nie zarobić).

wtorek, 10 marca 2009

Rewolucyjne myślenie o nowych/starych mediach jest podcinaniem gałęzi, na której wszyscy siedzimy

Byłem na urlopie i niestety dopiero teraz zapoznałem się z ciekawą dyskusją, jaka odbyła się na łamach Dziennika. Szczególnie chodzi mi o tekst Eryka Mistewicza „W internecie rodzi się bunt” oraz Jacka Jareckiego „Pokolenie GoldenLine: Gilbert siedzi cicho”. Choć tekst Jareckiego jest polemiczny, to łączy je jedno – wiara, że w Internecie powstaje realna siła potrafiąca zmienić Polskę. Jacek Jarecki dodaje jeszcze jedną tezę: siłą dziennikarstwa obywatelskiego i blogosfery jest zaufanie. Zaufanie, którego brakuje politykom i mediom tradycyjnym. Sam autor stwierdza, że „Co ciekawe, akurat teraz gdy zaufanie jest najbardziej deficytowym towarem na rynku”. Obydwaj przywołują opinię Emanuela Todda: „Prawdziwym dramatem demokracji nie jest dziś przeciwstawienie się elit masom, ale przenikliwość mas i zaślepienie elit”.

W hurra optymistycznych głosach dotyczących „rewolucji w sieci” łatwo wyczuwa się zarzuty formułowane pod adresem mediów tradycyjnych: że nie zadały egzaminu i stały się głosem elity, nie są reprezentatywne dla opinii publicznej, są stronnicze i nie dopuszczają do głosu części społeczeństwa i wiele innych. Ten bunt, o którym piszą Mistewicz i Jarecki, to również w pewien sposób bunt przeciwko staremu porządkowi uosabianemu przez media tradycyjne.

Mam obawy przed tak rewolucyjnym myśleniem. Zarzuty formułowane w sieci przez Internautów są ważną nauczką dla gazet, telewizji i stacji radiowych, tracących coraz bardziej na rzecz Internetu. Myślenie rewolucyjne prowadzi jednak do ambicji zastąpienia jednych drugimi. O ile z nauczki tej media (tak jak i przywoływani we wskazanych i wielu innych tekstach politycy i biznes) wyciągać powinni wnioski, o tyle ich marginalizacja lub wykluczenie nie prowadzą do niczego dobrego. Jestem gorącym zwolennikiem racjonalnej debaty w sieci i wykorzystania nowych mediów do komunikacji z obywatelami i obywateli ze sobą. Nie mam co do tego wątpliwości. Nie życzę jednak ani sobie, ani Polsce, ani demokracji, żeby średnia jakość dyskusji, jaka toczy się w Internecie stała się mainstreamem. Ta siła jest w dużej mierze anonimowa, w dużej mierze daleka od standardów językowych, oparta na emocjach. Wierzę, że kryzys zaufania w stosunku do mediów i polityki powinien wywołać refleksję. Nie wyczuwam jednak, żeby uśredniona debata w sieci budowała zaufanie.

Kiedy dowiaduję się co miesiąc o kolejnych spadkach czytelnictwa gazet i tygodników, czytam dramatyczny apel ks. Adama Bonieckiego, myślę o kryzysie poważnych magazynów, to informacje te napawają mnie grozą. Bo jednak przy wszystkich wadach mediów tradycyjnych, czytając Piotra Zarembę, Michała Karnowskiego, Jacka Żakowskiego, Jarosława Kurskiego, Piotra Semkę, Pawła Fąfarę, Pawła Siennickiego, Bronisława Wildsteina, czy w gospodarce Jakuba Kurasza, Witolda Gadomskiego i wielu innych, to wiem czyje teksty czytam i wiem, że swoje doświadczenie, warsztat pracy i opinie budowali długimi latami. Krótko mówiąc, że są zawodowymi dziennikarzami, którzy recenzując wydarzenia, książki i inne aktywności społeczne wiedzą co robią. Mogę się z nimi nie zgadzać, ale nie podważam ich warsztatu. Korzystam z wielu świetnych blogów. Nie jestem jednak zwolennikiem tego, by społeczne dziennikarstwo zastąpiło zawodowców. Co innego korzystanie i rola wspierająca, z której również profesjonalni dziennikarze powinni korzystać, a co innego stanowienie głównej siły. Oczywiście można powiedzieć: w czym problem, przecież można tę jakość dziennikarstwa przenieść do sieci. Rzecz w tym, że nie można. Przynajmniej w najbliższej przyszłości. Nie znalazł się jeszcze model biznesowy pozwalający na pozyskiwanie finansowania do prowadzenia profesjonalnego dziennikarstwa. Pewnie się znajdzie. Chyba niezbyt szybko. Zatrważające sygnały z rynku prasy dobiegają jednak każdego tygodnia i wskazują na przegrywanie przez nie wyścigu. W tym sensie myślenie rewolucyjne może być podcinaniem gałęzi, na której wszyscy siedzimy.

poniedziałek, 9 marca 2009

Gazety nie radzą sobie najlepiej w Internecie?

Wpadł mi w ręce ciekawy raport na temat mediów Internetowych "Content Next. Size Doesn’t Matter: Ana Analysis of Online News and Political Sites", autorstwa Lauren Rich Fine. Najciekawsze wydaje się, że najlepiej pod względem newsowym radzą sobie w Internecie stacje telewizyjne: MSNBC (wzrost Unique Visitors o 37%, 2008/2007) oraz CNN (wzrost o 27 % w tym samym okresie). Jednak najbardziej spektakularnym sukcesem był The HuffingtonPost.com, który zajął co prawda 18.pozycję, ale z przyrostem 448% unikalnych użytkowników. Znalazł się też na pierwszym miejscu „niezależnych” serwisów i platform blogowych.
Drugim wnioskiem płynącym z raportu jest to, że gazety nie znalazły jak dotąd skutecznej metody na odnoszenie sukcesu w świecie nowych mediów. NYTimes.com zajmuje dopiero piąte miejsce w rankingu serwisów newsowych, za nim Tribune Newspaper. Pod względem stron politycznych i newsowych co prawda New York Times Digital jako taki prowadzi (49, 324 mln unikalnych użytkowników), ale sam NYT.com wygląda już gorzej z 13.milionami użytkowników.
Tak więc rola telewizji (jako medium jednak powoli schodzącego) być może będzie się zmieniać i jej przyszła definicja nie będzie miała wiele wspólnego z tym, co dzisiaj rozumiemy przez pojęcie "telewizji".

Biorąc pod uwagę inne płynące ze wszystkich stron informacje, zarysowuje się obraz, w którym za wypychaniem mediów tradycyjnych przez nowe media nie idzie w parze zastępowalność pod względem spieniężania tych projektów i uzyskiwania z nich zbliżonych przychodów. (Świetnym przykładem jest redakcja The New York Times, która z przychodów z Internetu jest w stanie utrzymać jedynie ponad 20 proc.zespołu). Poddaje to również w wątpliwość hurra optymistyczne wizje związane z nowymi mediami. Za chwilę może się okazać, że podcinana jest gałąć, na której siedzimy.

poniedziałek, 23 lutego 2009

Zlikwidujmy autoryzację

Autoryzacja. Zmora wszystkich dziennikarzy i jeden z polskich ewenementów. Uważam, że celem powinno być jej zniesienie. Swoją drogą jak cała ustawa Prawo prasowe z bardzo ciekawego, 1982 roku :)) Autoryzacja rozleniwia i jest wygodnym narzędziem PR-owców leniwców. Nieważne jak pójdzie rozmowa, poprawimy przy autoryzacji - przyzwyczailiśmy się często mówić. Jej brak spowodowałby, że musielibyśmy być lepiej przygotowani - my i nasi szefowie, menedżerowie, politycy. Czy jest dobry czas na jej likwidację? Jeszcze nie. Dlaczego? Bo dwie strony nie są na to przygotowane. Świat po drugiej stronie mediów - bo musi jeszcze nauczyć się brać odpowiedzialność za swoje słowa, czyny i żyć w przekonaniu, że liczy się jakość, a więc przygotowanie się do wystąpienia publicznego jest mocno pożądane. Świat mediów nauczyć się musi odpowiedzialnego cytowania słów rzeczywiście wypowiedzianych, a nie czekania u rozmówcy na zdanie pasujące do napisanego już akapitu, całkowite wyjmowanie go z kontekstu i cytowanie nie wprost, ale według metody „mniej więcej, jak mi się wydaje”. Swoją drogą, będąc rzecznikiem rządu, często zdarzało mi się czytać swoje cytaty, które brzmiały zupełnie inaczej niż ja sam. Tylko dlatego, że nie były autoryzowane. Tak więc jeszcze trochę pracy przed nami. Docelowo nie widzę innego rozwiązania, jak tylko jej zniesienie. Autoryzacja, której nie ma przecież podczas konferencji prasowych, nie ma jej w radiu i w telewizji, jest jakimś nienaturalnym bytem deformującym pracę dwóch stron.

piątek, 20 lutego 2009

Spór mediowców z PR-em o prasę

Wskutek kryzysu spór, czy też twardy dialog :)), między reklamą a PR-em nasilił się jeszcze bardziej. Powodem jest przede wszystkim podejście do prasy. Domy mediowe ogłosiły światu swoje raporty, a klientom rekomendacje do mediaplanów. We wszystkich Internet świeci jak gwiazda. ZenithOptimedia przewiduje, że na koniec roku Internet będzie już drugim medium reklamowym z udziałem 11,5 proc. Najgorzej ma się prasa. Złe tendencje w sprzedaży gazet obserwujemy od dawna. Co chwilę czytamy o sporach pomiędzy dziennikami na temat danych sprzedaży, uwzględnianiu lub nieuwzględnianiu, „niestandardowych” kanałów sprzedaży, dodawania gadżetów, insertów, etc. Wiemy, że kryzys ekonomiczny tylko przyspiesza spadki prasy, bo zmiany w strukturze rynku są nieuninione i mają raczej charakter cywilizacyjny niż chwilowego zachwiania rynku. Spór, o którym myślę, dotyczy właśnie prasy w polskich warunkach. Zaobserwowałem w różnych miejscach, że rekomendacje mediowców chłoszczą niemiłosiernie prasę. PR-owcom powinno to dać do myślenia i wzbudzić ich sprzeciw. Dlaczego? Bo Polska różni się od Stanów, czy rynków Europy Zachodniej. Pomimo spadków sprzedaży i malejącego czytelnictwa, prasa jest najbardziej opioniotwórczym medium w Polsce. Ciagle jest ! To nie telewizja, jakby się mogło wydawać, jest dzisiaj głównym kreatorem tematów. Dziennikarze w stacjach TV, zespoły dziennikarskie w największych portalach i stacjach radiowych bazują ciągle na gazetach. Na ich podstawie podejmują na kolegiach decyzje w sprawie tematów, którymi się zajmują. Gazeta dostarcza opinii, interpretacji i informacji (lub, jak kto woli, contentu). Dzieje się tak, bo dziennikarze TV nie posiadają wielkich zespołów wsparcia reasercherskiego, pozwalających im na zajmujące często tygodnie chodzenie wokół tematów. Portale również. Lekceważąc prasę sami robimy sobie krzywdę. Taki mamy łańcuch informacyjny. Czy nam się to podoba, czy nie. Rzecz jasna sytuacja się dynamicznie zmienia, ale nic nie wskazuje w najbliższym roku na to, żeby Internet przekroczył masę krytyczną, pozwalającą na taką zmianę ogniw w łańcuchu. Zmianę nie do uniknięcia w przyszłości.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Rozliczanie dziennikarzy


Okazuje się, że nawet w Stanach Zjednoczonych nadszedł czas rozliczania dziennikarzy za sposób relacjonowania przez nich kampanii prezydenckiej. Zajmuje się tym, między innymi, Greg Mitchell, którego tekst zamieszczony jest na portalu The Huffington Post. To także autor najnowszej książki o kampanii Baracka Obamy „Why Obama Won: The Making of a President 2008. Dostaje się również wspominanemu przeze mnie Stephanopolousowi za prowadzenie debaty Obama-Clinton, w trakcie której dziennikarz ABC News dużo bardziej zainteresowany był historycznymi decyzjami męża Hillary oraz związkami Obamy z pastorem Jeremiah’a Wrightem niż wojną w Iraku, Afganistanie, systemem ubezpieczeń zdrowotnych, czy złym stanem gospodarki. Jeden z generalnych zarzutów brzmi: duża część dziennikarzy w ogóle nie interesowała się problemami obiektywnie ważnymi dla przyszłości Stanów. Mitchell chłoszcze dziennikarzy za tworzenie atmosfery zagrożenia dla Ameryki wynikającej z „miękkości” i braku doświadczenia ówczesnego kandydata na prezydenta. Wielu z dziennikarzy posunęło się do osobistych uwag nazywając go „mięczakiem” w sytuacji, kiedy Biały Dom potrzebuje prawdziwego „macho” (telewizja MSNBC). W poważnych, mainstreamowych, mediach podważano jego patriotyzm i poczucie amerykańskości. Krytyce poddani zostali dziennikarze The New York Times, The Wall Street Journal oraz The Washington Times.

Obawiam się, że z obrazu tworzonego przez Mitchell’a można wyciągnąć wniosek, że prezydent Obama wygrał wybory wbrew najważniejszym mediom i publicystom. Taką wizję uważam za całkowicie błędną. Podoba mi się jednak, że ktoś się temu przygląda i opisuje przykłady przekroczenia granic dyskusji dziennikarskiej (jeżeli one istnieją) oraz formułowania sądów, odczytywanych z perspektywy czasu jako nieprawdziwe, a często „ nieuczciwie stronnicze”. Tym razem robią to zwolennicy Demokratów. Z kolei na Pajamasmedia.com i innych prawicowych portalach znajdziemy konserwatywne głosy krytyki płynące pod adresem mediów lewicowych (liberalnych). Jeżeli przyjmujemy, że media stanowią (w przenośni) „czwartą władzę”, to ona również podlegać powinna „kontroli”. Piątą z nich mogą być media i eksperci opisujący prace dziennikarzy, rozliczający ich z rzetelności i uczciwości zawodowej. To właśnie robi Mitchell. Tym samym zajmują się zakorzenione w amerykańskiej praktyce instytucje typu watchdogs. Ale o tym już innym razem.
(zdjęcie pochodzi z serwisu http://www.huffingtonpost.com/; po prawej George Stephanopolous)

czwartek, 12 lutego 2009

Republika elektroniczna

Pisałem w sobotę o dyskusji na temat demokracji medialnej, w dużej mierze na podstawie „Republiki elektronicznej” Lawrence’a Grossmana. Dzisiaj kilka słów na ten temat.

Charakterystyka republiki elektronicznej:

- Obserwujemy dochodzenie do nowej formy demokracji bezpośredniej, w której opinia publiczna staje się IV władzą. Dzieje się tak wskutek rozwoju nowych technologii telekomunikacyjnych i nowoczesnego oprogramowania: Internet, telefon, realizowane non stop badania opinii, blogi, serwisy informacyjne, kanały informacyjne TV, media interaktywne, etc.
- Mamy do czynienia z pierwszym pokoleniem liderów politycznych, zwracających się w jednym czasie do całej populacji. Po raz pierwszy możemy również zobaczyć, usłyszeć i niemalże natychmiast osądzić liderów politycznych. Ci, z kolei, w tym samym czasie dowiadują się o naszych ocenach.
- Już niebawem obywatele będą mogli uczestniczyć w kształtowaniu praw i strategii politycznych, a być może także codziennych decyzji dotyczących ich społeczności lokalnych, regionu, kraju.
- Wskutek powrotu do demokracji bezpośredniej istnieje prawdopodobieństwo zakwestionowania zasady trójpodziału władzy. Grossmann: „[…] Powinniśmy zmierzyć się z obietnicami i groźbami republiki elektronicznej. Może ona sprawić, że rządy staną się głęboko wrażliwe na oczekiwania ludzi. Lecz jednocześnie może tę wrażliwość doprowadzić do niebezpiecznej skrajności, otwierając pole manipulacji, demagogii i tyranii większości […]”
- Republika elektroniczna niesie ze sobą wiele zmian w postawach polityków i zwykłych obywateli. Powszechne staje się pomniejszanie kompetencji urzędnikom i politykom. Dochodzić może również do tego, że politycy w celu wygrania wyborów będą zaprzeczać swojej polityczności: „By liczyć na wybór, nawet politycy sprawujący urząd, muszą być przeciw władzy i opowiadać się za ograniczeniem jej kompetencji”.
- Ogromny wpływ na te postawy ma telewizja. Grossmann buduje tezę, że im częściej telewidzowie oglądają swoich polityków w akcji, tym mniej chętnie akceptują, co im pokazano: przed wyborami prezydenckimi w 1992 roku w USA 72 proc. wyborców uważało, że ich przywódcy stracili kontakt z wyborcami, 66 proc. skarżyła się na poczucie bezsilności, 61 proc. była przekonana o faktycznym braku zainteresowania ich sprawami ze strony polityków.
- Autor przytacza również list przesłany do redakcji gazety, w którym czytelnik porównuje współczesne czasy do zmierzchu Cesarstwa Rzymskiego: „Najtrafniejszą analogią byłyby rzymskie akwedukty. Wyrafinowana technologia służyła dostarczaniu wody do domów prywatnych, łaźni, publicznych i pałaców cesarskich. Akwedukty były niewątpliwie wielkim osiągnięciem. Rury akweduktów były jednakże zrobione z ołowiu i ludność powoli, niepostrzeżenie uległa zatruciu, Niektórzy historycy uważają zatrucie wody ołowiem za główną przyczynę upadku Cesarstwa Rzymskiego”. Współczesnymi akweduktami są kanały telewizyjne.

Pomimo tego, że książka Grosmana ukazała się w 1995 roku, to jest ona bardzo aktualna. Sprzyja poważnej refleksji nad siłą mediów i ich wpływie na nasze życie. Rozwój nowych mediów doprowadza do budowania e-państwa, ze wszystkimi e-formami aktywności obywatelskich. Politycy radykalnie zmienili w ostatnich latach swoje relacje z mediami, do tego stopnia, że agenda polityczna podporządkowana jest (niemalże) w pełni pracy mediów. Nawet zachowania związane z „tanim państwem” i zmniejszaniem kompetencji administracji jak ulał pasują do opisu poczynionego przez amerykańskiego miedioznawcę. A z czym mamy do czynienia, kiedy czytamy co chwilę, że nawet niektórzy posłowie zaprzeczają swojemu politycznemu zaangażowaniu? Twierdzą tak, ponieważ ich szanse wyborcze i/lub wizerunek na tym zyskują. Wszystko, co „polityczne” ma znaczenie pejoratywne. Co chwilę, pod wpływem tabloidów, dyskutuje się o rezygnacji z poselskich „trzynastek”, a także ministerialnych i urzędniczych premii.
Jak wiele zjawisk, również fenomen republiki elektronicznej niesie ze sobą szanse i zagrożenia:

Szanse
Upodmiotowienie opinii publicznej
Postępująca edukacja medialna zwiększająca świadomość społeczną
Profesjonalizacja sfery publicznej
Zwiększenie aktywności obywatelskiej
Tworzenie nowych społeczności i grup nacisku dzięki wykorzystaniu nowych technologii

Zagrożenia
Manipulowanie opinią publiczną przez właścicieli mediów, nieuczciwych specjalistów od komunikacji i pracowni badań opinii
Dalsza tabloidyzacja mediów i języka przestrzeni publicznej
Indywidualizacja powodująca ucieczkę od aktywności obywatelskiej

poniedziałek, 9 lutego 2009

Zmierzch druku i rozkwit słowa pisanego

Wychodzące dzisiaj tygodniki (Newsweek i Wprost) donoszą o elektronicznym urządzeniu Kindle, służącym do odczytywania gazet i książek. Informacje o tym zbiegają się z zatrważającymi danymi dotyczącymi spadków czytelnictwa prasy w Polsce (nie jesteśmy pod tym względem oryginalni, choć czytamy zdecydowanie mniej niż mieszkańcy Europy Zachodniej). O kryzysie słowa drukowanego i wielkich szansach słowa pisanego, ale już w Internecie pisze Wawrzyniec Smoczyński w (świetnym) raporcie tygodnika Polityka (artykuł p.t. „Koniec wiadomości”). Rewolucja elektroniczna dotknęła Polskę ponad 20 lat po Stanach Zjednoczonych. W związku z tym należy uważnie śledzić to, co się dzieje obecnie na rynku amerykańskim, bo wnioski mogą okazać się prorocze. Smoczyński opisuje wielki kryzys amerykańskiej prasy, ale także, o czym mało się dyskutuje, także poważny kryzys telewizji. Telewizja staje się typowym medium starszego pokolenia. Przynajmniej telewizja, jaką znamy dzisiaj, bo w czasach mediów hybrydowych te definicje zmienią się nie do poznania.

Warto dodać, czego nie ma w tekście tygodnika, że amerykańskie stacje telewizyjne zarządzają dzisiaj najlepszymi portalami informacyjnymi. Okazuje się, że gazety nie radzą sobie z projektami internetowymi tak dobrze jak robią to telewizje. Poza tym powstaje nowy rodzaj uprawianego w Internecie dziennikarstwa i być może przełamuje podział dziennikarzy na: profesjonalnych i niezawodowych (np. dziennikarstwo obywatelskie). Czekam niecierpliwie aż ktoś opisze fenomen The Huffington Post, który po wyborach prezydenckich triumfuje niczym Barack Obama.

sobota, 7 lutego 2009

Gazeta Wyborcza bez Heleny Łuczywo !

Uważnym czytelnikom gazet nie powinna umknąć informacja, że w dzisiejszej stopce redakcyjnej Gazety Wyborczej nie ma już nazwiska Heleny Łuczywo. To historyczne wydarzenie dla GW i całego rynku. Redaktor Helena Łuczywo, pełniąca funkcję zastępcy redaktora naczelnego, należała do grona zalożycieli Gazety. Jak widać zmiany w Agorze sięgają daleko... Z uwagą obserwujemy, co będzie dalej.

niedziela, 1 lutego 2009

Amerykańskie gazety non-profit

W dzienniku The New York Times ciekawy tekst publicystyczny Davida Swensena i Michaela Schmidta „News You Can Endow”. Autorzy przedstawiają postulat wyłączenia dzienników z rynkowej gry i zmiany ich formalnego statusu na instytucje non profit, zbliżone do statusu uczelni wyższych i uniwersytetów w USA. Takie rozwiązanie przyniosłoby zwiększenie niezależności mediów poprzez uwolnienie redakcji od obowiązku osiągania celów finansowych. W ich opinii dzisiejsze podejście zagraża misji dziennikarskiej. Dodatkowymi atutami byłyby zwolnienia podatkowe i odliczenia dla osób wspierających tego rodzaju organizacje. Jedyne ograniczenie to zakaz wpływania na proces legislacyjny i uczestniczenia w kampaniach politycznych kandydatów.

Ciężka sytuacja amerykańskich gazet związana jest z:
- silnymi spadkami nakładów w ostatniej dekadzie;
- konsekwentnie zmniejszającymi się dochodami z reklamy prasowej;
- systematycznie zmniejszającymi się średnimi zyskami dzienników (np. w ciągu ostatnich pięciu lat The Washington Post - zyski mniejsze niż przez 15 wcześniejszych lat, The New York Times - spadek 50 proc., Tribune Company, wydawca The Chicago Tribune, The Los Angeles Times i sześciu innych tytułów wystąpił o wsparcie zbankrutowanej grupy).

Dodatkowo:
- największe redakcje w ciągu ostatnich trzech lat radykalnie ograniczyły zatrudnienie;
- liczba amerykańskich korespondentów zagranicznych zmniejszyła się o 25 proc. w latach 2002-2006, a jedynie garstka z nich utrzymuje zagraniczne biura;
- zmniejszanie rozmiarów gazet, ograniczanie liczby działów, etc. /Dowodem kryzysu jest fakt nie do pomyślenia wcześniej, a mianowicie The New York Times sprzedaje powierzchnię reklamową nawet na swoje pierwszej stronie/

Swensen i Shmidt są przekonani, że internetowe przedsięwzięcia amerykańskich gazet nie są w stanie zarobić na wydawnictwa.
Według publicystów, w obecnych warunkach wiele tytułów nie ma szans przetrwać cyfrowej rewolucji. A jeżeli jej nie przetrwa, to pod znakiem zapytania stanie również jakość i kształt amerykańskiej demokracji, której od zawsze towarzyszyła wolna prasa. Tekst nie precyzuje, w jaki sposób operacja ta miałaby być przeprowadzona (poza wezwaniem bogatych filantropów) i jak pogodzić w niej interesy dzisiejszych właścicieli z misją obywatelską. Jest jednak głosem oryginalnym i wartym odnotowania.