czwartek, 26 lutego 2009

Dystans studentów do polityki ?

Wraz ze studentami zakończyliśmy semestralne ćwiczenia z politycznego PR w Instytucie Politologii UKSW w Warszawie. Jako semestralne zadanie studenci, podzieleni na grupy, przygotowywali strategie PR dla wybranych przez siebie polityków, partii, instytucji publicznych lub gospodarczych. W związku z tym, że zajęcia prowadzone są dla studentów politologii byłem przekonany, że większość wybierze znanych wszystkim publicznie aktorów sceny politycznej. Głównie ze względu na stosunkowo łatwo dostępne materiały niezbędne do analizy sytuacji wyjściowej, otoczenia, etc. oraz łatwiejszą identyfikację z konkretną osobą lub powszechnie znaną partią. W rzeczywistości tylko jedna studentka wybrała strategię PR posła, na temat którego pisze jednocześnie pracę magisterską. Reszta wybrała merytoryczne (pozapartyjne) obiekty swoich zainteresowań, takiej jak reforma ministerstwa zdrowia, Fundacja Odpowiedzialność Obywatelska, czy uczelniany Instytut Politologii. Okazuje się, że podobny mechanizm działa również na innych zajęciach. Oznaczać to może, że młodzi przyjaciele cechują się dużym dystansem do polityki, szczególnie rozumianej w kategoriach partyjnych. I to nawet w tak niereprezentatywnej grupie jak studenci politologii. Jeżeli przy wyborze własnych strategii życiowych definiować będą sobie politykę jako służbę publiczną, to dobrze. Jeżeli jednak spowoduje to dystans do wszystkiego, co publiczne, to fatalne dla Polski.

poniedziałek, 23 lutego 2009

Zlikwidujmy autoryzację

Autoryzacja. Zmora wszystkich dziennikarzy i jeden z polskich ewenementów. Uważam, że celem powinno być jej zniesienie. Swoją drogą jak cała ustawa Prawo prasowe z bardzo ciekawego, 1982 roku :)) Autoryzacja rozleniwia i jest wygodnym narzędziem PR-owców leniwców. Nieważne jak pójdzie rozmowa, poprawimy przy autoryzacji - przyzwyczailiśmy się często mówić. Jej brak spowodowałby, że musielibyśmy być lepiej przygotowani - my i nasi szefowie, menedżerowie, politycy. Czy jest dobry czas na jej likwidację? Jeszcze nie. Dlaczego? Bo dwie strony nie są na to przygotowane. Świat po drugiej stronie mediów - bo musi jeszcze nauczyć się brać odpowiedzialność za swoje słowa, czyny i żyć w przekonaniu, że liczy się jakość, a więc przygotowanie się do wystąpienia publicznego jest mocno pożądane. Świat mediów nauczyć się musi odpowiedzialnego cytowania słów rzeczywiście wypowiedzianych, a nie czekania u rozmówcy na zdanie pasujące do napisanego już akapitu, całkowite wyjmowanie go z kontekstu i cytowanie nie wprost, ale według metody „mniej więcej, jak mi się wydaje”. Swoją drogą, będąc rzecznikiem rządu, często zdarzało mi się czytać swoje cytaty, które brzmiały zupełnie inaczej niż ja sam. Tylko dlatego, że nie były autoryzowane. Tak więc jeszcze trochę pracy przed nami. Docelowo nie widzę innego rozwiązania, jak tylko jej zniesienie. Autoryzacja, której nie ma przecież podczas konferencji prasowych, nie ma jej w radiu i w telewizji, jest jakimś nienaturalnym bytem deformującym pracę dwóch stron.

piątek, 20 lutego 2009

Spór mediowców z PR-em o prasę

Wskutek kryzysu spór, czy też twardy dialog :)), między reklamą a PR-em nasilił się jeszcze bardziej. Powodem jest przede wszystkim podejście do prasy. Domy mediowe ogłosiły światu swoje raporty, a klientom rekomendacje do mediaplanów. We wszystkich Internet świeci jak gwiazda. ZenithOptimedia przewiduje, że na koniec roku Internet będzie już drugim medium reklamowym z udziałem 11,5 proc. Najgorzej ma się prasa. Złe tendencje w sprzedaży gazet obserwujemy od dawna. Co chwilę czytamy o sporach pomiędzy dziennikami na temat danych sprzedaży, uwzględnianiu lub nieuwzględnianiu, „niestandardowych” kanałów sprzedaży, dodawania gadżetów, insertów, etc. Wiemy, że kryzys ekonomiczny tylko przyspiesza spadki prasy, bo zmiany w strukturze rynku są nieuninione i mają raczej charakter cywilizacyjny niż chwilowego zachwiania rynku. Spór, o którym myślę, dotyczy właśnie prasy w polskich warunkach. Zaobserwowałem w różnych miejscach, że rekomendacje mediowców chłoszczą niemiłosiernie prasę. PR-owcom powinno to dać do myślenia i wzbudzić ich sprzeciw. Dlaczego? Bo Polska różni się od Stanów, czy rynków Europy Zachodniej. Pomimo spadków sprzedaży i malejącego czytelnictwa, prasa jest najbardziej opioniotwórczym medium w Polsce. Ciagle jest ! To nie telewizja, jakby się mogło wydawać, jest dzisiaj głównym kreatorem tematów. Dziennikarze w stacjach TV, zespoły dziennikarskie w największych portalach i stacjach radiowych bazują ciągle na gazetach. Na ich podstawie podejmują na kolegiach decyzje w sprawie tematów, którymi się zajmują. Gazeta dostarcza opinii, interpretacji i informacji (lub, jak kto woli, contentu). Dzieje się tak, bo dziennikarze TV nie posiadają wielkich zespołów wsparcia reasercherskiego, pozwalających im na zajmujące często tygodnie chodzenie wokół tematów. Portale również. Lekceważąc prasę sami robimy sobie krzywdę. Taki mamy łańcuch informacyjny. Czy nam się to podoba, czy nie. Rzecz jasna sytuacja się dynamicznie zmienia, ale nic nie wskazuje w najbliższym roku na to, żeby Internet przekroczył masę krytyczną, pozwalającą na taką zmianę ogniw w łańcuchu. Zmianę nie do uniknięcia w przyszłości.

czwartek, 19 lutego 2009

Rozmowa z Bartoszem Niemczynowiczem


Pisałem jakiś czas temu, że podczas zajęć w temacie demokracji medialnej, przeprowadziłem ciekawą rozmowę z Bartoszem Niemczynowiczem, zastępcą komendanta Mazowieckiej Chorągwi Harcerzy ZHR. Opinia wychowawcy na temat wpływu mediów na swoich kolegów i wychowanków jest bezcenna. Dyskusja z instruktorem harcerskim o komunikacji medialnej jest też pewnym znakiem czasu.

Poniżej rozmowa z Bartoszem o różnych sposobach korzystania z Internetu przez pokolenie 30-latków i ich młodszych kolegów, czytaniu newsów i budowaniu w oparciu o nich wizji świata, edukacji medialnej w harcerstwie i powodach, dla których rodzice przyprowadzają swoich synów do harcerstwa.

O ile nasze roczniki i nasze pokolenie nazywano w powszechnym rozumieniu „pokoleniem telewizji”, to młodszych od nas określa się mianem „pokolenia Internetu”. Oznacza to, że świat poza Internetem dla nich nie istnieje. O ile my wykorzystujemy go do pracy zawodowej, naukowej, hobby, to oni w nim niemalże żyją. Prawie jak w Second Life. Czy twoje doświadczenia pracy z młodzieżą potwierdzają to stereotypowe myślenie o młodych w necie?

Bartosz Niemczynowicz: Myślę, że nazywanie młodego pokolenia w taki sposób, to zbytnie uproszczenie. Jeśli nawet przyjęlibyśmy taki punkt widzenia, to musielibyśmy zdefiniować, co rozumiemy pod hasłem "internet". Jeżeli uznalibyśmy, że jest to jedynie sformułowanie oznaczające przede wszystkim korzystanie ze stron www i tzw. komunikatorów, to byłoby to zbyt wąskie dla określenia całego pokolenia. Sformułowanie "pokolenie internetu" odnosi się do szerszego kontekstu. Oznacza pokolenie osób, które od urodzenia obracają się w świecie wielu bodźców, często oddziałujących równocześnie, wielu informacji, wymienianych błyskawicznie, dla których internet jest jedynie pewnym nośnikiem, medium. Inna sprawa, że ci młodzi ludzie z internetu korzystają nie tylko codziennie, czy regularnie, ale - można powiedzieć - "na bieżąco".

O jakich wiekowo grupach mówisz?

Mam na myśli osoby w wieku 17 - 21 lat, z takimi zazwyczaj mam kontakt w mojej służbie instruktorskiej, ale można też odnieść się do osób trochę starszych - mających 22-25 lat.

Czy młodzi blogują albo tworzą społeczności wokół różnych idei ?

Moje doświadczenia. wskazują na to, że młodzi ludzie nie tyle często korzystają z internetu, ale właściwie traktują internet jako swoiste forum, na których toczy się ich życie. To, że tworzą społeczności i piszą blogi nie jest żadnym odkryciem. Ale już to, że korzystają z internetu w zupełnie inny sposób niż ich starsi koledzy, nie wspominając o rodzicach, wcale takie oczywiste nie jest. Dobrym przykładem może być przestrzeń tzw. "newsów". Często przekonuję się, że młodzi czerpią swoją wiedzę o zdarzeniach dotyczących. Polski i świata zazwyczaj z nagłówków zamieszczanych na największych portalach, w dziale "wiadomości". Dosłownie z treści samych nagłówków - rzadko mają wystarczająco dużo czasu i ochoty, czy nawet potrzeby, żeby zajrzeć głębiej i zapoznać się z treścią całej wiadomości. Z kolei pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków odnajduje w internecie medium do zamieszczania szerokich analiz, komentarzy, dzięki któremu mogą szybko reagować na bieżące wydarzenia i wymieniać się opiniami, a co najważniejsze, docierać do odbiorców. Z moich obserwacji wynika, że młodzi ludzie nie piszą i nie czytają tych samych blogów, co Twoi rówieśnicy. W ogóle, jeżeli powstają blogi, to zazwyczaj mają krótszą formę (choć tutaj chyba nie ma reguły) i poruszają zupełnie inne tematy. Wszyscy korzystamy z internetu, ale mamy inne potrzeby i odwiedzamy inne strony. Nawiązując do życia "w realu", ująłbym to tak: ci młodzi ludzie po prostu bawią się w innych klubach, niż pokolenie ich starszych kolegów.

Ale w tych klubach [mediach] jest wszystko. Używając języka kulinarnego, od taniego fast foodu do wykwintnych restauracji slow-foodowych. Trzeba jednak trafić na właściwą, żeby nie mieć później problemów żołądkowych. Są jakieś programy wychowawcze zauważające ten problem?

Zależy mi na tym, żeby umiejętność odbierania informacji i poruszania się we współczesnej rzeczywistości była niezbędną cechą instruktorów ZHR. Dlatego też staramy się dotykać tego tematu i poruszać go podczas organizowanych kursów, również tych poświęconych sprawom ściśle "harcerskim". Jestem przekonany, że edukacja medialna, czy edukacja elektroniczna powinna stanowić jeden z tematów kursów instruktorskich. Innymi słowy - umiejętność, o której mówię, potrzebna jest nie tylko przyszłym pracownikom branży medialnej, ale każdemu kto ma ambicje bycia świadomym obywatelem.

Na czym miałaby polegać edukacja medialna?
Pamiętajmy o tym, że młodzi posiadają niesamowitą umiejętność odnajdywania się w rzeczywistości. Mimo to uważam, że warto pomagać im w zdobywaniu podstawowej wiedzy, narzędzi i pokazywaniu kierunków do prowadzenia dalszych poszukiwań. Co innego narzekanie na młodych ludzi, a co innego wspieranie i rzetelna analiza otaczającej rzeczywistości. Chodzi o to, żeby potrafili formułować swoje własne poglądy, w oparciu o refleksję dotycząca postrzeganych wydarzeń i zdobywanej wiedzy. W tej chwili pracujemy nad regularnym, cyklicznym kursem poświęconym właśnie tzw. edukacji medialnej, organizowanym przez ZHR, ale być może otwartym na osoby z innych środowisk. Głównym założeniem takiego kursu miałoby być zdobycie wiedzy na temat pracy i roli mediów we współczesnej demokracji, zasady konstruowania „newsów”, czy tworzenia – tak ostatnio modnej – narracji. Chcielibyśmy, żeby na zajęciach była okazja przepracowania konkretnych przypadków, dyskusji, ćwiczeń praktycznych, ale też spotkań z tzw. ludźmi mediów. Myślę, że interesującym wątkiem byłaby też strona biznesowa działalności mediów i ich struktura właścicielska – szczególnie przez pryzmat sporów, jakie toczą się w przestrzeni publicznej.

Mówiąc o edukacji medialnej widzisz w Internecie nadzieję na „medium uświadamiające”?

Zdecydowanie można zauważyć rosnącą potrzebę docierania do ważnych wiadomości, spraw, które są istotne – zarówno z punktu widzenia spraw lokalnych jak i takich, które dotyczą całej Polski i świata. W natłoku tego, co serwują nam „mainstreamowe” media nietrudno zgubić orientację i zabłądzić w świecie składającym się z kolejnych absurdalnych wydarzeń i niezliczonej ilości komentarzy do nich. Jak długo można czytać nieustannie aktualizowane tytuły „newsów” na głównych portalach czy relacje tzw. telewizji informacyjnych nadawane na żywo z wydarzeń – delikatnie mówiąc – zupełnie nieistotnych, drugorzędnych, z punktu widzenia czy to lokalnej społeczności czy całego kraju. I tutaj faktycznie internet pokazuje swoje niesamowite możliwości. Oczywiście, nie można tego porównywać z siłą oddziaływania telewizji, ale internet faktycznie jest medium dostępnym dla stosunkowo dużej grupy odbiorców. Medium, w którym można zamieszczać treści o zupełnie innej konstrukcji i zawartości, niż te którymi jesteśmy codziennie bombardowani. Z tym, że jest to pewna prawidłowość występująca raczej w grupie pokolenia trzydziestolatków. Obawiam się, że taka potrzeba nie ma szans wytworzyć się niejako samoczynnie u ludzi młodszych. Dzisiejsi szesnastolatkowie zazwyczaj wyłapują – przy okazji, podczas korzystania z internetu – tytuły „newsów” i to raczej te, skonstruowane w atrakcyjny sposób, nastawione na sensację, przykucie uwagi (chociażby krótkotrwałej). Wiedza na temat otaczających nas zjawisk, czerpana z internetu, pochodzi właśnie z takiego źródła. Często brak wiedzy o specyfice działania mediów nie pozwala na świadome odbieranie i przetwarzanie informacji, a następnie na formułowanie własnego stanowiska i światopoglądu.

Jako były instruktor mogę powiedzieć w uproszczeniu, że mamy do czynienia z kryzysem wychowania. Rodzice w dużej mierze zrezygnowali ze swoich ról, a szkoła abdykowała wiele lat temu. Organizacje wychowawcze przeżywają problemy frekwencji. Wychowują media... Czy nie uważasz, że po okresie bezkrytycznego zachwytu, nowe media mogą stać się sposobem na ponowny wzrost zainteresowania tematyką wychowania wśród rodziców?

Ze strony rodziców, dla których wyprawy na biwaki czy spływy kajakowe były czymś naturalnym, a którzy dzisiaj obserwują swoje dzieci spędzające większa część dnia przed ekranem komputera – pewnie tak. Często zdarza się, że rodzice sami przyprowadzają dzieci do drużyn harcerskich, aby dać szansę swoim dzieciom przeżycia prawdziwej przygody, a jednocześnie otrzymać wsparcie w wychowaniu w oparciu o tradycyjne wartości. Tyle, że to się dzieje raczej w opozycji do nowych mediów. Po prostu rodzic przychodzi do drużynowego, bo ma już dość siedzenia dziecka przed komputerem. To jest problem alienowania się wielu młodych ludzi. Harcerstwo daje możliwość prawdziwej, żywej, przyjaźni. Wierzę, że ona właśnie jest prawdziwa i ważniejsza niż społeczność w sieci. Aczkolwiek musimy brać pod uwagę dzisiejszą rzeczywistość i nie możemy się na społeczności internetowe obrażać. Sami powinniśmy je tworzyć, ale dawać do tego coś więcej, wypełniać treścią. Społeczności takie mogą być szansą na przekazywanie wartości, czy otwieranie się na drugiego człowieka.

Dzięki.

phm. Bartosz Niemczynowicz (rocznik 1981) - prawnik, pracuje w jednej z warszawskich kancelarii, wychowawca, zastępca komendanta Mazowieckiej Chorągwi Harcerzy ZHR, kieruje Szkołą Instruktorską.

środa, 18 lutego 2009

Rzecznik mediów w korporacji

Michał Witkowski, rzecznik prasowy PZU, który uznany został za najlepszego rzecznika branży ubezpieczeniowej, w wywiadzie dla PRoto mówi, że jego rolą jest w dużej mierze bycie rzecznikiem mediów w korporacji. To bardzo trafna definicja zadań stojących przed PR-owcem. Poza wszystkimi, związanymi z reprezentowaniem firmy i odpowiedzialnością za politykę informacyjną, zwraca uwagę na potrzebę bycia edukatorem organizacji i jej menedżerów w zakresie funkcjonowania mediów, a więc ich warsztatu, potrzeb, tempa pracy: „Dla części managerów media są „czarnym ludem”, którym straszy się dzieci. Rzecznik prasowy powinien umieć przekonać osoby, które reprezentują taki pogląd do tego, że media to nieodłączny, często barwny i fascynujący, chociaż czasem także niemiły, element naszego biznesowego krajobrazu”. Dokładnie w taki sposób czytam jedno z głównych zadań rzecznika prasowego i PR-owców we wszystkich organizacjach, od biznesu, przez organizacje pozarządowe, aż do polityki sięgając. Rzadko w ogóle się o tym dyskutuje. Rzeczników i PR-owców postrzega się wyłącznie przez pryzmat kolorowych fajerwerków, psując w ten sposób prawdziwy sens tego zawodu. W praktyce takie podejście rodzi oczywiście wiele ciekawych historii związanych z zaufaniem lub jego brakiem. O tym kiedy indziej. Gratulacje dla Michała !!! Późne, ale szczere :))

poniedziałek, 16 lutego 2009

Rozliczanie dziennikarzy


Okazuje się, że nawet w Stanach Zjednoczonych nadszedł czas rozliczania dziennikarzy za sposób relacjonowania przez nich kampanii prezydenckiej. Zajmuje się tym, między innymi, Greg Mitchell, którego tekst zamieszczony jest na portalu The Huffington Post. To także autor najnowszej książki o kampanii Baracka Obamy „Why Obama Won: The Making of a President 2008. Dostaje się również wspominanemu przeze mnie Stephanopolousowi za prowadzenie debaty Obama-Clinton, w trakcie której dziennikarz ABC News dużo bardziej zainteresowany był historycznymi decyzjami męża Hillary oraz związkami Obamy z pastorem Jeremiah’a Wrightem niż wojną w Iraku, Afganistanie, systemem ubezpieczeń zdrowotnych, czy złym stanem gospodarki. Jeden z generalnych zarzutów brzmi: duża część dziennikarzy w ogóle nie interesowała się problemami obiektywnie ważnymi dla przyszłości Stanów. Mitchell chłoszcze dziennikarzy za tworzenie atmosfery zagrożenia dla Ameryki wynikającej z „miękkości” i braku doświadczenia ówczesnego kandydata na prezydenta. Wielu z dziennikarzy posunęło się do osobistych uwag nazywając go „mięczakiem” w sytuacji, kiedy Biały Dom potrzebuje prawdziwego „macho” (telewizja MSNBC). W poważnych, mainstreamowych, mediach podważano jego patriotyzm i poczucie amerykańskości. Krytyce poddani zostali dziennikarze The New York Times, The Wall Street Journal oraz The Washington Times.

Obawiam się, że z obrazu tworzonego przez Mitchell’a można wyciągnąć wniosek, że prezydent Obama wygrał wybory wbrew najważniejszym mediom i publicystom. Taką wizję uważam za całkowicie błędną. Podoba mi się jednak, że ktoś się temu przygląda i opisuje przykłady przekroczenia granic dyskusji dziennikarskiej (jeżeli one istnieją) oraz formułowania sądów, odczytywanych z perspektywy czasu jako nieprawdziwe, a często „ nieuczciwie stronnicze”. Tym razem robią to zwolennicy Demokratów. Z kolei na Pajamasmedia.com i innych prawicowych portalach znajdziemy konserwatywne głosy krytyki płynące pod adresem mediów lewicowych (liberalnych). Jeżeli przyjmujemy, że media stanowią (w przenośni) „czwartą władzę”, to ona również podlegać powinna „kontroli”. Piątą z nich mogą być media i eksperci opisujący prace dziennikarzy, rozliczający ich z rzetelności i uczciwości zawodowej. To właśnie robi Mitchell. Tym samym zajmują się zakorzenione w amerykańskiej praktyce instytucje typu watchdogs. Ale o tym już innym razem.
(zdjęcie pochodzi z serwisu http://www.huffingtonpost.com/; po prawej George Stephanopolous)

piątek, 13 lutego 2009

Przelobować krytykę

Opisywane przez wielu autorów zjawisko republiki elektronicznej ma również przełożenie na codzienną pracę PR-owców, władz, firm i wszystkich innych uczestniczących w procesie komunikacji społecznej. Najwyraźniej widać to w obszarze władz państwa i w gospodarce. Od wielu lat podzielam opinię, że rozwój nowych technologii jest wielką szansą dla wszystkich, których głos do tej pory nie był właściwie reprezentowany. Jest tak nawet (a może przede wszystkim) w przypadku twierdzących ciągle , że media ich niszczą.

W tradycyjnym modelu (z którym mamy ciągle do czynienia, ale mam on charakter spadkowy) zjawiska dotyczące sprawowania władzy były obserwowane i opisywane przez dziennikarzy politycznych, komenatatorów, specjalistów oraz tzw. „autorytety”. Objaśniali oni obywatelom jak rozumieć rzeczywistość polityczną i gospodarczą. Ich wyrazem są najsilniejsze dzienniki, tygodniki, a przede wszystkim główne wydania programów informacyjnych najważniejszych stacji TV. Ich siła jest jednak dużo mniejsza niż w przeszłości. Kanały informacyjne, transmitujące na żywo coraz więcej wydarzeń, i rosnąca siła serwisów internetowych spowodowały, że jeżeli tylko potrzebujemy, to mamy możliwość (znacznego) omijania głosu tzw.autorytetów i komentatorów. To nic innego jak przechodzenie lobem nad krytyką komentatorów i bezpośrednie komunikowanie się z odbiorcami. W praktyce dużo bardziej skupiamy się na mediach elektronicznych i reżyserii wydarzeń niż na pogłębionych analizach gazetowych.
Wielu to wie. Z tego powodu swoją agendę polityczną rząd (ale nie tylko rząd) dopasowuje do agendy mediów. Przyjmuje w ten sposób reguły gry. Wiem z doświadczenia, że to jedyna metoda na sprawne przekazywanie swoich racji. Reguły są jasne. W przestrzeni medialnej nie istnieją pozycje neutralne (statyczne). Można prowadzić ofensywną politykę informacyjną i narzucać tempo. Przy bardzo sprawnym zapleczu i unikaniu błędów, to droga do zwycięstwa. Można też pozwolić zepchnąć się do defensywy, która jednak zawsze kończy się przegraną. Większość sądzi, że istnieje możliwość zajęcia pozycji neutralnych i przeczekania. Z tego powodu, w sposób nieświadomiony, przegrywają swoje szanse. Bo wielość mediów oznacza głód informacji i ciągłą presję redakcji, żeby go zaspokoić.
Jednak wskutek rozwoju nowych kanałów komunikacji i coraz krótszego czasu życia informacji, nie ma już tak silnego wpływu i potrzeby słuchania pośrednika-tłumacza, objaśniającego nam, co danego dnia było ważne, a co się nie liczy. To wielka szansa dla potrafiących ten fakt mądrze wykorzystać. Dość zgrabnie ujmuje to Eryk Mistewicz mówiąc o marketingu narracyjnym i stwierdzając prowokacyjnie, że współczesnym PR-wcom dziennikarze i eksperci nie są już do niczego potrzebni. W tym sensie, że opinia publiczna sama może ocenić, co jest słuszne, a co nie. Na zupełnie odrębną rozmowę zasługuje problem, czy widz odbywającego się przed nim teatrum, pomimo braku pośrednika, otrzymuje właściwą i obiektywnie ważną informację.