wtorek, 6 października 2009

"Twitter power"

Wystarczy wejść do pierwszej lepszej polskiej księgarni, pełnej amerykańskiej literatury poradnikowej, żeby przekonać się, że Amerykanie mają dar pisania o wszystkim. I robią to w imponującym tempie. Ponieważ ich umiejętność szybkiego odnalezienia i dopasowania się do potrzeb czytelników, tak bardzo mi się podoba, ściągnąłem sobie książkę „Twitter Power”, Joel Comm’a i Ken Burge. To podręcznik wyjaśniający zasady korzystania z Twittera i realizowania dzięki niemu społecznych i biznesowych celów.

Nie podziela on też w pełni zachwytu nad wykorzystaniem Twittera w kampanii Baracka Obamy. Aktywność prezydenta Stanów w mikroblogach niewiele miała wspólnego z naturą komunikacji mediów społecznych: była jednokierunkowa, nastawiona na mówienie, nie budowała rzeczywistych relacji. Nie było to więc prawdziwe twittowanie – jak twierdzi Comm.

Nie jestem zawodowym ekspertem od mikrobloggingu. Wykorzystuję go w pracy jako ciekawy kanał komunikacji. Blipa i Twittera traktuję też jako prywatną i bardzo interesującą agencję informacyjną. Krótko mówiąc korzystam z nich pełnymi garściami, ale prywatnie nie jestem zbyt aktywnym komunikatorem. Obowiązki (czasowo) nie pozwalają… To, że inni „mówią dużo”, mnie tylko pomaga. Nawet jeśli mówią do mnie instytucje. Rola agencji informacyjnych, to pewnie jeden z naturalnych wymiarów mikroblogów, więc nie podzielam do końca krytycyzmu autora książki wobec takiej formy korzystania z nich.

Joel Comm przygotował w książce 30-dniowy plan budowania swojej pozycji na Twitterze dla początkujących i nie tylko. Jeżeli komuś jednak czas pozwala i chciałby uaktywnić się na Twitterze lub innej platformie mikroblogowej, to zapraszam jutro i pojutrze na mojego bloga do skrótowej formy porad autora „Twitter Power”. Warto też pewnie sobie ją zamówić. Może trzeba pomysleć nad książką o potędze Blipa?

poniedziałek, 5 października 2009

Mała gimnastyka intelektualna z pogranicza teorii spisku i komunikacji (Vladimir Volkoff)

Przyszło mi do głowy, że w celach gimnastyki umysłu warto przypomnieć sobie postać francuskiego pisarza z rosyjskimi korzeniami, Vladimira Volkoffa. Jego najsłynniejsza książka, to „Montaż” – powieść opisująca aktywność radzieckiego wywiadu wykorzystującego intelektualne kręgi Europy Zachodniej. Książka kultowa w wielu środowiskach podziemia przed 1989 rokiem, wydana nakładem wydawnictwa londyńskiego. Z racji dość młodego wieku opinię tę posiadam od tychże przedstawicieli dawnego podziemia, rzecz jasna. Montaż czytałem jako kserokopię, bo oficjalnie wydana została dopiero w 2006 roku przez Christianitas. O samym autorze krążyło zawsze bardzo wiele opowieści, poczynając od takich, że pracował niegdyś dla KGB, ale uciekł i osiadł we Francji, po takie, że pracował dla wywiadu francuskiego zajmując się wojną informacyjną, m.in.podczas wojny algierskiej. Jedno jest pewne - tematyka służb specjalnych nie jest Volkoffowi obca. Porusza ją we wszystkich swoich powieściach.

Nie o „Montażu” i nie o powieściach chciałem dzisiaj pisać, ale o wcześniejszym opracowaniu tego autora p.t. „Psychocjotechnika. Dezinformacja. Oręż wojny”. To zbiór tekstów przeróżnych autorów zajmujących się wojną informacyjną i propagandą. Wśród nich, m.in. Sun Tzu, Lenin, Vladislav Bittman (zbiegł na Zachód, pracując wcześniej dla wywiadu czechosłowackiego) i wielu innych praktyków i teoretyków dezinformacji.

Skupię się na wstępie autorstwa Volkoffa, który jest interesującą propozycją metodycznego podejścia do narzędzia polityki zagranicznej, jakim jest szeroko pojęta propaganda, a mówiąc bardziej delikatnie w demokracjach – polityka informacyjna. Z różnych powodów ta właśnie książka przyszła mi do głowy, kiedy słucham i czytam w ostatnich dniach o nowej polityce historycznej Rosji. Ciekawe dlaczego?

Autor precyzuje różne rodzaje broni informacyjnych. Są nimi:

1. Podstęp
Rozumiany klasycznie i polegający na odwróceniu uwagi przeciwnika od miejsca, w których zamierzamy zaatakować.

2. Wprowadzenie w błąd (intoksykacja)
Ulubiona broń kontrwywiadu, polegająca na dostarczaniu obecemu wywiadowi fałszywych informacji. Z pozycji strategicznych staje się odrębną dziedziną, której celem jest doprowadzenie do sytuacji, w której przeciwnik sam uwierzył w to, w co „powinien” uwierzyć.

3. Biała propaganda
Odbywa się na terenie przeciwnika. Jej skutki są ograniczone, bo źródła pochodzą z otwarcie nieprzyjacielskich ośrodków. Niemniej stosuje się ją w czasie wojen.

4. Czarna propaganda
Ukrywa swoje prawdziwe pochodzenie i w ten sposób „czyni wiarygodnymi świadome kłamstwa”. Jak dowodzi Volkoff mistrzem tej broni był podczas drugiej wojny światowej Anglik Sefton Delmer. „Zorganizował on kilka radiostacji rzekomo prohitlerowskich. Jedna z nich przedstawiała się jako niemiecka radiostacja wojskowa nadająca „muzykę i wiadomości przeznaczone dla naszych kolegów z Wehrmachtu”. Inna posługiwała się bardziej przebiegłą metodą: „Chciałem – pisze Delmer – żeby słuchacze uwierzyli, że przypadkiem natrafili nagle na program jakiejś podziemnej organizacji. Radiostacja ta nadawała poufne informacje pochodzące od wiernego i lojalnego zwolennika Hitlera…” Program okazał się tak skuteczny, że po wojnie Sefton musiał napisać książkę Black Boomerang, aby zdementować legendy, które sam stworzył i nadał im walor wiarygodności”.

5. Wpływanie
Łączy się z czarną propagandą, ale jest metodą o wiele subtelniejszą. Posługuje się agentami wpływu, „agitatorami w stanie czystym”. „Zajmuje się agitacją nie w zamiarze zmiany biegu wydarzeń w jakimś określonym kierunku lecz w sposób ogólniejszy, żeby zdestabilizować społeczeństwo przeciwnika”. Bezpośrednie skutki nie muszą być wprost korzystne dla jego kraju. Celem jest przyniesienie szkody wrogowi. Na czym polega subtelniejsza forma? Na tym, że agenci wpływu nigdy nie uprawiają jawnej propagandy. Nawet najmniejsze sympatyzowanie z interesami państwa-mocodawcy skazałoby tę organizację i ludzi na automatyczne wyłączenie z gry. Tak więc przybiera się wręcz przeciwne szaty, np. „Stronnictwo Młodorosjan, manipulowane przez KGB, oficjalnie mieniło się monarchistycznym i posługiwało się rytuałem zapożyczonym od czarnych koszul Mussoliniego. Niektórzy nacjonaliści francuscy, podsycając nastroje antyamerykańskie, nieświadomie pracują dla ZSRR, którego nienawidzą.”

6. Dezinformacja
Rozumiana w wąskim i szerokim znaczeniu.

Wąskie znaczenie - znajduje się między „wprowadzaniem w błąd” a „wpływaniem”. Wprowadzanie w błąd jest aktem jednorazowym, często dość amatorskim. Dezinformacja realizowana jest fachowo i systematycznie, zawsze za pośrednictwem mass mediów i jest wprost adresowana do opinii publicznej, a nie kierujących krajami.

W szerszym rozumieniu dezinformacja obejmuje także techniki wpływania. Dla obydwu metod cel jest współny. Wprowadza się do opinii publicznej nawet mikroskopijny, ale odpowiedni katalizator i następuje właściwa reakcja, która ma wszelkie pozory spontaniczności.

Mogą zaistnieć dopiero wtedy, gdy zaistnieje masa krytyczna osób zdezinformowanych lub ulegających wpływom. „Jednostka, rodzina, grupa zawodowa mogą zostać wprowadzone w błąd, ale nie zdezinformowane, bo w sposób naturalny wytwarzają przeciwciała zwalczające kłamstwa, w imię szacunku dla prawdy, szaleństwo – w imię zdrowego rozsądku. Po przekroczeniu jednak pewnej liczby jednostki przekształcają się w tłum. Sproletaryzowane intelektualnie, zatracają instynkt samozachowawczy i ich masa zerwawszy wszelkie cumy, przesuwa się beładnie z jednej strony na drugą pod własnym ciężarem, gotowa z wdzięczności poddać się manipulacjom ekspertów przywracających jej poczucie bezpieczeństwa.”

Technika ta wymaga przede wszystkim czasu, gdyż polega nie na popełnianiu konkretnych błędów przez władzę, ale na zaszczepianiu stereotypów całemyu narodowi.

„Związek Sowiecki bardzo szeroko wykorzystywał wojnę wietnamską w celu zaszczepienia narodowi amerykańskiemu kompleksu winy i częściowo mu się to powiodło, ponieważ wojna ta trwała długo, jednak nie wystarczająco długo, gdyż kompleks ten ustąpił dość szybko i kilka lat po porażce wietnamskiej Amerykanie odzyskali utraconą niewinność – jeśli nawet nie w stu procentach, to na tyle wystarczająco, żeby trzeźwo dostrzec konieczność przeciwstawiania przemocy – siły”

7. Jedną z najbardziej niebezpiecznych form dezinformacji jest logomachia. „Polega ona na wynajdowaniu formułek, które przypadłszy najpierw do gustu profesjonalistom od komunikacji masowej są następnie rozpowszechniane przez nich wśród opinii publicznej, która akceptuje je jako prawdziwe, podczas kiedy w rzeczywistości są tylko efektowne” Takimi formułami są: „polowanie na czarownice”, określenie „faszysta”, „prawicowy stalinowiec”. Volkoff twierdzi, że wiele z nich stosowanych było w okresie istnienia imperium sowieckiego i zimnej wojny.

Powyższe tresci pochodzą z książki „Psychosocjotechnika. Dezinformacja. Oręż wojny” Vladimira Volkoffa, wydawnictwo Antyk, Komorów 1999. Nie mogę się nadziwić, dlaczego tak ciekawego zbioru (nawet jeżeli uzna ktoś Volkoffa za autora z pogranicza fantastyki) nie wydało do tej pory duże wydawnictwo. Jestem przekonany, że spotkałby się z dużym zainteresowaniem.

sobota, 3 października 2009

Przepis na flaczki, czyli jak budować dzisiaj zainteresowanie książką

Czy rynek książek rzeczywiście tak dynamicznie rośnie? Pytanie takie zadałem prezesowi jednego z bardziej znanych wydawnictw. Odpowiedział mi, że podobno tak, aczkolwiek on tego na swoim przykładzie nie widzi. Z pewnością jednym z elementów dobrej promocji książek jest budowanie napięcia i tła opisywanej historii jeszcze przed ukazaniem się książki. Kampanie teaserowe nie muszą dotyczyć tylko filmów, jak najbardziej dotyczyć mogą też książek. Najlepszym dowodem na to jest książka Ludwika Dorna oraz Amelii Łukasiak i Agnieszki Rybak "Rozrachunki i wyzwania". Jej premiera nastąpi w najbliższy wtorek w Sali Kolumnowej Sejmu, a następnie w salonie Empiku. Jednak już od tygodnia na YouTube można oglądać przygotowane z głową making off z prac nad książką !!!! (to jest absolutna nowość) oraz zagajenia historii poruszanych w książce.



W wielu przypadkach podprowadzenie zrealizowano w iście kryminalny sposób, można powiedzieć, że autorzy tej kampanii to mistrzowie/mistrzynie! suspensu :)))



... i budowania prawdziwego napięcia przed ukazaniem się pozycji w księgarniach. Niewątpliwie pozytywną stroną jest też dystans, jaki główny bohater ma do siebie samego i dowcipów krążących o nim w obiegu publicznym. Jednym z nich był żart o tym, że Ludwik Dorn jako minister MSWiA i wicepremier kazał w urzędzie przygotowywać flaczki według podanego przez niego przepisu. Teraz nie tylko nie ucieka od tej historii, jak wielu w podobnej sytuacji robi, ale czyni z niej oręż promocji swej książki. Jeden z filmików bowiem mówi o przepisie i kontekście flaczków Ludwika Dorna :))
To filmiki – i mam nadzieje również sama książka - pełne ciekawych pomysłów i gry formą, w sensie, jaki w życiu publicznym rzadko spotykamy. Nie prostacki i naiwny, ale pełen esktrwagancji, symboli, niedomówień i przede wszystkim - erudycji. Za kampanię teaserową dla jej autorek piątka z plusem.

Dla rynku księgarskiego to świetny przykład, jak niskim kosztem wciągać czytelnika w lekturę, której nie ma jeszcze na rynku.

czwartek, 1 października 2009

Manifest wolności nowych mediów

Na stronach konserwatywnego amerykańskiego think tanku The Manhattan Institute znalazłem rekomendację książki „A manifesto for media freedom” (Brian Anderson, Adam Thierer).

Książka, jak sama nazwa wskazuje, jest peanem na rzecz wolności mediów, szczególnie nowych mediów, przeciwko regulacyjnym zapędom i stojącym za nimi – nazywane w książce wprost – środowiska lewicowe (czytaj Demokraci). Ten punkt widzenia, typowy dla USA, dla Polaków może nie być tak łatwy do przyjęcia. Autorzy wychodzą z pozycji wolnościowych, a więc ingerencja wychodząca poza zasadę subdsydiarności (pomocniczości) degeneruje rynek i ma niszący wpływ na aktywność firm i społeczności.

W każdym razie Anderson i Thierer zamieszczają również skróconą wersję manifestu w obronie wolności mediów w postaci dziesięciu punktów:

1. Otoczyć wsparciem rozwijającą się w szybkim tempie różnorodność mediów. Ich obfitość daje ludziom wolność wyboru w rozszerzającym się wachlarzu informacji i rozrywki. Nigdy wcześniej obywatel nie był tak dobrze i demokratycznie informowany jak jest dzisiaj.

2. Odrzucić wszelkie wysiłki narzucenia „doktryny sprawiedliwości” [w Kongresie lub Federal Communications Commission]. Myślenie w kategoriach „doktryny sprawiedliwości” prowadzi do wrogości wobec wolności słowa, służy politycznym nadużyciom, ale przede wszystkim redukuje różnorodność opinii (głównie opinii konserwatywnych) konkurujących ze sobą na współczesnej agorze.

3. Uwolnić operatorów mediów z archaicznych restrykcji, ograniczających ich elastyczność odpowiadania na radykalne zmiany zachodzące na rynku mediów.

4. Powiedzieć stanowcze „nie” „nowemu lokalizmowi” oraz kategorii „intresu publicznego”, które narzucają jeszcze więcej obciążeń regulacyjnych na stacje radiowe i telewizyjne, walczących o konkurencyjność w nowej rzeczywistości medialnej.

5. Pozwolić dostawcom Internetu na bycie bardziej aktywnymi i zorientowanymi rynkowo w przesyłaniu zróżnicowanych danych przez ich kable, światłowody, linie telefoniczne i połączenia bezprzewodowe, a więc – kreowanie infrastruktury telekomunikacyjnej XXI wieku. „Neutralność sieci” , to zła idea, będąca formą infrastrukturalnego socjalizmu, który dławi innowacje i grozi poważnym zapóźnieniem.

6. Nie bać się nowych mediów !

7. Odrzucić rozwiązania prawne dla sieci kablowych i operatorów satelitarnych dziesiątkujących dynamiczną dywrsyfikację programów płatnej TV, uderzające przede wszystkim w nadawców religijnych oraz przyjaznych rodzinie.

8. Zablokować federalne, stanowe i lokalne wysiłki zmierzające do regulacji kontentu gier video lub/i zastąpienia znakomicie rozwijającej się i spontanicznej branży rządowym systemem nakazów. Rodzice mają wszelkie instrumenty, jakich potrzebują do monitorowania, z jakich gier video korzystają ich dzieci. Nie potrzebują do tego „rządowej niani” i państwowych interwencji.

9. Należy zachęcać i upoważaniać rodziców oraz tworzyć strategie edukacyjne umożliwiające wyrażanie niepokojów związanych z bezpieczeństwem w sieci zamiast zakazywać aktywności portalom społecznościowym i korzystania z innego kontentu online.

10. Czynić kroki zmierzające do zmniejszania najbardziej uciążliwych elementów prawa związanego z finansowaniem kampaniami politycznych/społecznych, a także ochrona nowych mediów i innych form wyrażania opinii przed dławiącymi wolność słowa restrykcjami.


Neutralność sieci - jest to wolny od jakichkolwiek ograniczeń dostęp do kontentu, stron lub platform dla użytkowników końcowych. Inaczej mówiąc jest to wolny dostęp do zasobów sieci Internetu dla wszystkich użytkowników, bez względu z jakiego dostawcy usług korzystają oraz opcji usługi, jej ceny itp. To koncepcja, w której abonent powinien otrzymać konkretną usługę, ale nie interesuje go jaka technologia temu sluży. Wielu ekspertów wskazuje, że podejście takie demotywuje firmy przed inwestycjami w nowoczesne sieci, gdyż nie uwzględnia jakości infrastruktury i potrzeby zwrotu z inwestycji.

środa, 30 września 2009

Skuteczny vox populi

Rozmawiałem przed chwilą z kolegą z pracy na temat opiniotwórczej siły Interneautów. Skłoniła nas do tego sprawa zatrzymania w Szwajcarii Romana Polańskiego.

Z rozmowy płyną dwa wnioski, które same z siebie nie są odkrywcze, ale...:

- Sieć staje się ogromnie opioniotwórczym miejscem, mającym niespotykany dotąd wpływ na media tradycyjne i polityków.

- Media mainstreamu coraz bardziej stają się niereprezentatywne dla przeciętnego obywatela.

Dzień po zatrzymaniu reżysera gazety pełne były komentarzy oburzonych artystów, ludzi filmu, polityków, krótko mówiąc elity. Tego samego dnia rano, jadąc samochodem, wysłuchałem poranka w Radiu TOK FM. Kilka razy w przeglądzie prasy, a następnie w serwisie informacyjnym, prowadzący, relacjonując doniesienia dzienników, podkreślał, że opinie Internautów są radykalnie odmienne i nieprzychylne traktowaniu Romana Polańskiego inaczej niż normalnego obywatela. Ciśnienie to było tak silne, że w kolejnym dniu ton przekazów gazetowych oraz stacji radiowych i TV zmienił się nie do poznania. Głosy te są już dużo bardziej zróżnicowane. Mój kolega uważa również, że politycy, wyczuwając realne nastroje społeczne, zmodyfikowali swoje stanowisko, a sam premier wezwał do rozsądku w ocenach i traktowania sprawy jako obyczajowo-karnej, a nie patriotycznej. Czy jest to tylko przypuszczenie, czy fakt? Nie wiem. Zjawisko zasługuje jednak na uwagę. Każdy z nas czuje trochę na plecach nową formę vox populi. "Ale" związane jest z tym, że mamy raczej tendencje do twierdzenia, iż ruch w sieci jest ogromny, ale mainstream go ignoruje lub celowo przemilcza. W tej sytuacji stalo się inaczej.

Można odnieść wrażenie, że w niektórych przypadkach media głównego nurtu bardzo odbiegają od opinii masowego odbiorcy. Jak zwykle w życiu bywa, czasami to dobrze, a czasami niebezpiecznie. Dyskusja o wolności słowa i poszerzaniu agory sporu/sporów różnych racji jest dzisiaj bardzo potrzebna. Nie dotyczy ona tylko teorii prawa, ale przede wszystkim nowego podejścia do zmieniającej się dużo szybciej niż procesy legislacyjne, rzeczywistości mediów i ich coraz nowszych form.

Jeżeli temat wolności mediów kogoś interesuje, to zapraszam jutro na bloga. Przedstawię „manifest wolności mediów”, z jakim wystąpili amerykańscy intelektualiści związani ze środowiskiem konserwatywnym.

poniedziałek, 28 września 2009

PR na prawie stoi

Miałem ostatnio arcyciekawą rozmowę z Profesorem z Collegium Civitas, który zwrócił uwagę na zjawisko przez wielu ignorowane. Stwierdził on, że w planowaniu działań PR trzeba uwzględniać kwestie prawne. Profesor jest takiego zdania prawdopodobnie dlatego, że doskonale zna się na kulturze Stanów Zjednoczonych, gdzie jak wiemy sądzić można za wszystko… Jednak trafił tym sformułowaniem w dziesiątkę, przy jednoczesnym błądzeniu samych menedżerów, polityków, PR-wców, zajmujących się planowaniem komunikacji. Czynnik prawny jest często bagatelizowany. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że sami dziennikarze słysząc o „straszeniu” ich prawnikami reagują agresywnie. W związku z tym wielu PR-owców unika tego tematu jak ognia.

Oczywiście „straszenie” jest działaniem mało profesjonalnym i świadczy źle o straszącym. Jednak faktem jest rosnąca liczba pozwów przeciwko mediom i coraz częstsze ich nagłaśnianie przez konkurencję. W moim przekonaniu są dwa powody nasilających się procesów i żądań o charakterze prawnym:

- Po pierwsze, w wielu przypadkach, ich realna skuteczność. Jak wiemy sądzić można dziennikarza, wydawcę i redaktora naczelnego. Tak więc każdy poważny przypadek musi być przez redakcję i jej prawników wnikliwie sprawdzany przed podjęciem właściwych decyzji. Publikacja odpowiedzi, sprostowań, czy przeprosin, choć może z punktu widzenia odbiorcy masowego jest trudna do zauważenia, to w dłuższej perspektywie zamyka drogę do powielania nieprawdziwych lub obraźliwych informacji innym i uwiarygadnia daną organizację w jej otoczeniu (szczególnie w sferze gospodarki, ale też w szeroko rozumianym życiu publicznym)

- Po drugie, rosnąca świadomość prawna nas wszystkich.

- Po trzecie, narastający negatywny stosunek odbiorców do przekazów medialnych i obniżenie ich wiarygodności wskutek popełnianych przez dziennikarzy błędów. Te, z kolei, są konsekwencją presji czasu i walki konkurencyjnej. I tak koło się zamyka.

Mówiąc jednak o prawnym wsparciu działań PR nie mam wcale na myśli wyłącznie kwestii sądzenia dziennikarzy. W tej materii przede wszystkim budować należy relacje poważne i partnerskie. Błędem jest myślenie o relacjach z mediami wyłącznie w kategoriach prawniczych.

Skuteczność pracy polega jeszcze na innym aspekcie. Otóż z powodu rosnącej świadomości prawnej nas wszystkich prawnicy powinni być konsultantami wielu proaktywnych i kreatywnych działań PR. Szczególnie dotyczy to walki konkurencyjnej i sporów. Każda organizacja działa w otoczeniu konkurencyjnym, tak więc prawnicy są niezbędni. Tak jak nieustannej specjalizacji wymaga samo zajmowanie się komunikacją, tak prawne aspekty komunikacji wymagają prawników, specjalizujących się w mediach. To dosyć specyficzna dziedzina, wymagająca chociażby znajomości postaw funkcjonowania warsztatu dziennikarskiego, postawy dialogu, szacunku do pracy dziennikarzy, etc. W przeciwnym, razie, z całym szacunkiem dla prawników, oddanie do konsultacji pomysłów kreatywnych, prawnikom na co dzień pracującym na problemami korporacyjnymi, reguluaminami i nowymi promocjami, grozi zabiciem najlepszych z nich. Nie doszliśmy chyba w większości jeszcze do takiego punktu, w którym w ramach komórek PR pracują również (zewnętrzni lub wewnętrzni) prawnicy od PR-u. I wbrew obiegowym opiniom powiem - "szkoda". Z własnego doświadczenia wiem, że się da i że przynosi to wiele korzyści.

sobota, 26 września 2009

Dzień Papieski - wzór skutecznej komunikacji Kościoła

Właśnie przyszło do nas do domu zaproszenie na konferencję prasową IX Dnia Papieskiego (11.X.2009) „Papież Wolności”, organizowanego przez Fundację Dzieło Nowego Tysiąclecia. To Fundacja Episkopatu Polski, prowadząca stypendia dla kilu mysięciu zdolnej młodzieży z ubogich rodzin. Taki jest cel każdego Dnia Papieskiego – budowa żywego pomnika dla Jana Pawła II. Sam czuję się związany z Fundacją, bo w latach 2001 i 2002 uczestniczyłem w przygotowaniach Dnia Papieskiego od strony informacyjnej. Jej obecny przewodniczący, ks. Jan Drob, to instytucja sama w sobie. Trzeba przyznać, że poprzedni również – pierwszy kierujący Fundacją, Piotr Gaweł i jego następca, Marek Zdrojewski.

Zaproszenia otrzymali dziennikarze. Ściśle rzecz ujmując, zaproszenie przyszło do mojej żony. Ponieważ hasłem tegorocznego Dnia jest „Papież Wolności”, organizatorzy do zaproszenia załączyli - swoiście teaserowo – estetycznie wykonany i zapakowany samolot z przesłaniem Dnia Papieskiego. Pomysł ten tak bardzo mi się spodobał, że załączam jego zdjęcie:


Strzał w dziesiątkę. Samolot jako symbol wolności, niezależności, ale też – jeśli chcemy dolecieć do wyznaczonego punktu – odpowiedzialności. Symbol ten ma też znaczenie historyczne. Nie byłoby wolności w Europie bez pontyfikatu Jana Pawła II. Gratulacje dla organizatorów !

Kościół nie ma łatwego zadania w komunikacji ze światem. Z pewnością Fundacja Dzieło Nowego Tysiąclecia jest doskonałym przykładem jak budować dobre dzieła, gromadzić wokół nich ludzi i skutecznie komunikować je masowemu odbiorcy. To zasługa kierujących Fundacją profesjonalistów i ludzi, gromadzących się wokół inicjatyw (Dzień Papieski, stypendia śp. Bp. Chrapka, nagrody TOTUS, etc.). Jak się chce, to się da. To właściwy wzór fachowego zarządzania projektami dla innych instytucji i środowisk Kościoła, mających kłopoty z tak rozumianą skutecznością. Tak więc, po naukę do ks. Jana Droba i jego współpracowników marsz :)) To wskazówka dla nas wszystkich.