czwartek, 29 października 2009

Amafesjonalizm

Mark Penn w WSJ opisuje nową kategorię aktywnych osób, którą nazywa „amafessionals”(połączenie amateurs (amatorzy) i professionals (zawodowcy) ). Używał będę nieco dziwacznie brzmiącej polskiej nazwy „amafesjonalizm” i „amafesjonaliści”.

Stanowią oni wyzwanie dla praktycznie każdego wykonywanego dzisiaj zawodu i każdej branży, od komunikacji po medycynę. I nie chodzi tu o zjawisko sfrustrowanych amatorów, chcących na siłę zostać gwiazdami. Coraz więcej osób, pracujących raczej w domach i często chodzących całe dnie w piżamach tworzy treści i wiele prac, które konkurować mogą z produkcjami profesjonalnych firm i korporacji. Blogi są najbardziej jaskrawym przykładem dzielenia się własnymi opiniami, wynikami badań i dociekań, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Autor podaje przykład Etsy – internetowego sklepu, gdzie kupić można wyroby artystyczne tworzone przez osoby prywatne: torebki, rękawiczki, zawieszki, szale, kolczyki, etc. Na stronie zarejestrowało się 200 000 osób, a sprzedaż w ostatnim roku wzrosła ponad dwukrotnie. Zaletą są przede wszystkim niskie ceny ! Bez Internetu większość z tych wyrobów nie miałaby szans przebicia się na tradycyjnym rynku.

Mark Penn porównuje tez MySpace music i inne serwisy UGC do telewizyjnego „American Idol”. Różnica w wartości polega na tym, że twórcy programu TV (dla amatorów), w rzeczywistosci szukają przyszłych profesjonalistów. Podobne portale mają dużo skromniejsze cele: pozwolić amatorom zaprezentować ich twórczość i być słyszanym/widzianym przez ich rodziny i przyjaciół.

Rośnie również znaczenie publikowania na zamówienie (print/publish on demand). Od swojego powstania w 2002 roku Lulu.com wydała 236 000 książek w miękkiej oprawie. Firma Author Solutions w 2008roku wydała 13 000 tytułów. Autorzy jednego ze źródeł Marka Penna w NYT śmieją się, że niedługo, pytając znajomych na imprezie, kto miałby ochotę wydać książkę, uzyskamy odpowiedź, że każdy ma już kilka na swoim koncie. Koszty ich wydania (nie mówiąc o e-bookach) tak bardzo się zmniejszyły, że niemalże każdy obywatel, mający coś ciekawego do powiedzenia będzie mógł wydać sobie książkę. Niknie koszt agentów, pośredników, całej zawodowej machiny wydawniczej, włącznie z aparatem recenzji i promocji.

Podobną tendencję zauważa w reklamie. Jako przykład podaje wezwanie Al. Gore’a w kampanii w 2000 do tworzenia w jego imieniu materiałów reklamowych. Żeby nie być gołosłownym rozsyłał również kamery video, zachęcając rzesze ambitnych amatorów do reklamowej pracy przy jego kampanii. Choć stanowiło to ułamek całości, to miało symboliczne znaczenie dla branży.

Jednym z opisywanych z tekście mikrotrendów jest również zjawisko DIYD (do-it-yourself doctor) – pacjentów przychodzących do lekarzy z gotową diagnozą i potrzebujących jedynie wypisania recepty. Liczba osób świadomych i potrafiących postawić właściwą diagnozę rośnie wskutek edukacji poprzez Internet. Aż tak pozytywny w tym aspekcie bym nie był…,ale mikrotrend warto odnotować :))

W opinii autora tekstu „amafessionalism” (amafesjonalizm) nie jest już małym ruchem społecznym. Stał się wyzwaniem dla tradycyjnych modeli biznesowych. Z drugiej strony ruch stanowi też bardzo ważną grupę świadomych konsumentów, którym oferować można potrzebne im narzędzia, służące realizacji pasji i zarobkowaniu.

Amerykanie posiadają doświadczenia ze wzrostem znaczenia klasy profesjonalistów, znajdujących się w centrum uwagi. Jednak zawodowe aspiracje Amerykanów w ostatnich latach zmieniły się. Amafesjonaliści mogą stanowić koło zamachowe dużo większego wzrostu, opartego na prawdziwych pasjach i energii, napędzającej życie milionów ludzi.

wtorek, 27 października 2009

Nowe oblicza zarządzania sytuacją kryzysową - od mediów mainstreamowych do multimediów

Na Kongresie PR mówiłem o „Nowych obliczach sytuacji kryzysowych – od mediów mainstreamowych do multimediów”. Rzadko piszę wprost o kwestiach związanych bezpośrednio z moim zawodowym zaangażowaniem. Tym razem jednak kilka słów na temat doświadczeń z Grupy TP (i wcześniejszych z branży telekomów) i zjawisk, jakie obserwuję od ponad dwóch lat.

Mówiąc o sytuacji kryzysowej mam tu na myśli przede wszystkim klasyczne kryzysy medialne, a więc informacje, które – silnie rezonując – jednoznacznie nagatywnie wpływają na wizerunek organizacji. W tym przypadku nie skupiam się na „wielkich” kryzysach, ale raczej na specyficznych dla tego rodzaju firm infrastrukturalnych. Wiadomo, że każda firma ma swoją specyfikę tego rodzaju kryzysów. Inne występują w bankowości, inne w transporcie, inne w turystyce, a inne w telekomunikacji. Za przykład posłużyły mi awarie sieci w telekomach.

W ostatnim czasie, w okresie ponad roku, struktura powstawania i rozprzestrzeniania się sytuacji kryzysowych zmieniła się diametralnie. Model funkcjonujący jeszcze ponad rok temu nazywam dzisiaj modelem tradycyjnym, który już praktycznie nie występuje. Na czym on polegał?

Model tradycyjny

Opierał się na powstawaniu sytuacji kryzysowej wskutek podawania informacji przez media mainstreamowe, głównie dzienniki, TV, radia, agencje informacyjne (PAP, IAR). Następnie rezonowały one dzięki podawaniu ich przez TVN24, główne portale internetowe (mainstreamowe) i stacje radiowe. W trzecim etapie informację otrzymywała szeroka publiczność. Zarządzanie informacją w takiej sytuacji polegało głównie na dotarciu do wąskich gardeł, w postaci dziennikarzy i kierujących redakcjami w głównych mediach. Po sprostowaniu lub podaniu pozytywnych faktów, np. w PAP, inne media – podążając za podstawowym źródłem - automatycznie dokonywały aktualizacji informacji.
Schemat przedstawiam na rysunku poniżej:



Model współczesny

Dzisiejszy model powstawania, rezonowania i zarządzania informacją w sytuacji kryzysowej jest zupełnie inny. Akceleratorem tych zmian jest oczywiście Internet, a dokładnie klienci/opinia publiczna, wcielająca się w rolę dawnych mediów dzięki posługiwaniu się nowymi technologiami. Ważną rolę odgrywają tu serwisy alertowe, z których korzystają nie tylko portale, ale również telewizje (głównie TVN24).



Każdy może dzisiaj poinformować natychmiastowo o wydarzeniu. Jeżeli tych głosów jest wiele, a część z nich to wpływowi blogerzy, osoby obracające się w szerokich społecznościach, to temat rezonuje do mediów mainstreamowych (TVN24, główne portale za przyczyną Alert24, Wiadomości24, etc.) oraz szeroko do sieci. Specyfika tego rezonowania polega na tym, że informacje te, w momencie pojawienia się, żyją już własnym, niezależnym życiem. Często nabudowuje się na nich kolejne historie i kolejne, bez względu na źródło pierwotne. Następnie informacja dosięga dalszej szerokiej publiczności.

Zarządzanie informacją w tym modelu nie opiera się już na dotarciu wyłącznie do źródeł pierwotnych, ale niezbędne jest dotarcie do wszystkich miejsc (umownie), gdzie się pojawiała. Kluczowy jest tutaj czas dotarcia. Skraca on się nam w tym wypadku do kilkunastu minut. Żeby być skutecznym musimy posiadać profesjonalne narzędzia monitorowania i natychmiastowego raportowania. Straty wizerunkowe w tym modelu najczęściej są większe niż w modelu tradycyjnym. Schemat przedstawiam na rysunku:



Jakie wnioski wypływają z tego dla komunikacji PR:

1. Zbliżamy się do komunikacji w czasie rzeczywistym
Dostrzegane jeszcze dzisiaj opóźnienie będzie zanikać. Niewiele organizacji jest tego świadomych i przygotowanych do nowego sposobu myślenia: tempo pracy, wszechstronne przygotowanie pracowników do podejmowania autonomicznych działań, decyzyjność, anty-hierarchiczny model zarządzania, etc.

2. Rzeczywista rola PR-u i PR-owca ulega pozytywnym zmianom w kierunku zarządzania strategicznego, zbliżając się do modelu znanego do tej pory często jedynie z teorii (koniec tak silnego znaczenia wąskich gardeł po stronie głównych mediów):

„[PR jest] funkcją zarządzania, która ustanawia i utrzymuje wzajemnie korzystne stosunki pomiędzy organizacją i różnymi grupami jej otoczenia, od których zależy jej sukces lub niepowodzenie” (S.N. Cultip, A.H. Center i G.M.Broom}.

PR-owiec będzie zmuszony nie tylko opierać się na swoich kontaktach, ale kierować strategicznie całą, coraz bardziej skomplikowaną, komunikacją z różnorodnymi grupami odbiorców. Nie będzie w stanie panować tak precyzyjnie nad finalnym przekazem w stopniu, w jakim czyni to jeszcze dzisiaj.

3. Potrzeba ciągłej nauki i szkolenia wszystkich pracowników organizacji ze względu na koniec wąskich gardeł informacyjnych w postaci komórek PR, rzeczników prasowych, etc. Wszyscy są komunikatorami.

4. Jedyną skuteczną metodą na kryzysy jest metoda permanentnego dialogu z otoczeniem, toczona w czasie rzeczywistym i pozwalająca na wychwytywanie sygnałów kryzysowych dużo wcześniej, niż nabiorą one masy krytycznej.

poniedziałek, 26 października 2009

Kluczem będą własne media

Internet zmienia zachowania i wymusza zdobywanie nowych kompetencji przez PR-wców. To stwierdzenie jest oczywiste. Tak oczywiste, że rozpocząłem właśnie studia w zakresie marketingu Internetowego :)) Nie o tym jednak chciałem pisać...

Na myśli mam przede wszystkim konswekwencje, jakie dla komunikacji PR wynikają z przekształcania się mediów w multimedia.

Miesiąc temu, na bazie wywiadu z Christiane Amanpour, pisałem, że czeka nas jeszcze szybsze odchodzenie od kategorii „obiektywizmu” dziennikarskiego na rzecz subiektywnych interpretacji.

Przy wielu wątpliwościach moralnych, jakie teza ta może wywołać, rodzą się nowe szanse dla komunikacji PR. Punkt ciężkości ewidentnie przesuwa się w stronę organizacji, posiadających własne media. Niekoniecznie gazetę, radio, czy koncesjonowaną telewizję. Wystarczy posiadanie tych mediów w Internecie. Bariery finansowe tworzenia treści tak bardzo się obniżyły, że działalność PR-owa w dużej mierze skupiała będzie się na pracy para-dziennikarskiej lub realnie dziennikarskiej. Stworzenie bloga firmy, kont w serwisach społecznościowych jest darmowe lub bardzo nisko kosztowe. Oczywiście, że nie wystarczy ich stworzyć. Trzeba mieć know how, jak budować atrakcyjny komunikat, trzeba mieć know how, w jaki sposób produkować treści video, by przypominały one jakościowo bardziej dzisiejsze Fakty TVN niż przeciętne video w sieci. Koszty obniżyły się jednak tak bardzo, że niemalże każdą organizację już na to stać lub będzie stać. W ciągu ostatnich 2-3 lat stawki na rynku spadły co najmniej kilkakrotnie.

Dlatego wnioskuję, że przyszłość będzie należała do tych organizacji, które będą potrafiły zbudować narrację – co ciągle powtarza Eryk Mistewicz – ale w oparciu o własne media. Sztuką będzie tworzenie spójnego wizerunku między mediami własnymi (subiektywnymi), a mediami zawodowymi. Odpowiedzieć będzie trzeba sobie na pytanie, jak budować przekaz subiektywny, który nie jest też zbyt narzucający się, oczywisty i banalny.

Kompetencje PR-owca będą się więc rozszerzały. Należęć będą do nich również:

- zarządzanie procesem planowania, produkcji, postprodukcji materiałów audio i video
- posiadanie warsztatu pracy dziennikarza prasowego, umiejętności zbierania i selekcjonowania informacji, budowania materiałów z uwzględnianiem racji drugiej i trzeciej strony, ale w sposób, który służył będzie interesom własnej organizacji.

Krótko mówiąc, zespoły PR pracowały będą coraz częściej jak redakcje dziennikarskie, bądź zespoły dziennikarskie będą elementem komórek PR.

Najprawdopodobniej tendencję tę wzmocni odchodzenie dziennikarzy z mediów mainstreamowych, wskutek kryzysu na rynku mediów i przedefioniowywania się ich ról (np.ograniczające swoją aktywność media drukowane). Dziennikarze przechodzić będą częściej do PR-u lub tworzyć spółki zajmujące się tworzeniem materiałów na potrzeby danych organizacji (od idei po publikację/emisję). Myślę, że zapotrzebowanie na tego rodzaju usługi będzie rosnąć w tempie niewyobrażalnym. Jak na razie praktyka wynajmowania całych ekip występuje głównie w branży TV (w ogóle duża część dziennikarzy prowadzi własną działalność, co ułatwi samoorganizację) , ale jestem pewien, że za moment będzie można wyoutsourcować sobie zespół redakcyjny na potrzeby własne.

poniedziałek, 19 października 2009

10 cech rzecznika

W ostatnim tygodniu pisałem trochę o rzecznikach prasowych. Dzisiaj chciałbym opisać10 cech/miękkich umiejętności, które powinny wyróżniać rzeczników. Jestem przekonany, że świadomość tych cech jest istotna nie tylko dla rzeczników, ale dla wszystkich, którzy z nimi pracują, od ich szefów po pracowników.
Oto one:

1) [Optymalny] Emocjonalny i intelektualny dystans do wydarzeń
Bez dystansu nie jesteśmy w stanie chłodno oceniać rzeczywistości. Tracimy również wiarygodność w oczach dziennikarzy, jeśli nasze emocje i „obrona” za wszelką cenę przekroczą granice informacji i zamienią się w „tanią reklamę”. Różnica między przekazem reklamowym (nawet tym szlachetnym) a PR-em jest zasadnicza.

2) Świadomość podwójnej roli
Rzecznik jedną nogą stoi we własnej organizacji. Drugą w świecie mediów. Musi posiadać zaufanie i szacunek dwóch stron. To wiąże się z zagrożeniem bycia „oskarżanym” przez dziennikarzy za zbyt małą ilość informacji, niespełniania ich oczekiwań, etc. Ze strony własnej organizacji płynęły będą głosy o zbytniej lojalności wobec dziennikarzy. Taką rolę trzeba zaakceptować. Pełni też rolę edukatora dwóch stron. Własną organizację edukuje medialnie, media uczy, jak rozumieć jego własną organizację. Bez zaufania, szybko straci swoją pozycję i skuteczność.

3) Otwartość na dialog
Tylko osoba wierząca, że dialog ma sens może pełnić funkcje rzecznika. Funckja ta wymaga nieustannej rozmowy, a więc postawy otwartej na argumentu drugiej strony, a nie głoszenia wyłącznie swoich racji.

4) Założenie partnerskich relacji z mediami
Trzeba lubić media i szanować dziennikarzy, traktując ich partnersko. Instrumentalne podejście wcześniej, czy później zostanie obnażone. Szacunek do pracy dziennikarza jest punktem wyjściowym do budowania relacji z nim. Nie potraktowanie go jako osobowego środka do naszej gry. Granica jest cienka, ale zauważalna. Instrumentalizacja może oznaczać bardzo niebezpieczne skutki dla całej organizacji.

5) [Optymalna] Znajomość warsztatu pracy dziennikarza
To podstawowa wiedza umożliwiająca wykonywanie obowiązków. Musimy znać potrzeby informacyjne dziennikarzy, również co do formy. A różnią się one w zależności od rodzaju redakcji, dla której dany dziennikarz pracuje (Internet, radio, prasa, TV). Bez znajomości i wiedzy o godzinach kolegiów, porannych dyżurach, zamykania gazet, etc.nie będziemy w stanie spełnić oczekiwań mediów.

6) Rozumienie procesów medialnych
Świadomość, że poza codzienną pracą musimy umieć odczytywać również tendencje na rynku mediów, zmieniające się oczekiwania tego rynku, co do tempa i formy dostarczanych informacji. Właściwe odczytywanie właściwej kolejności ogniw w łańcuchu informacyjnym pozwala nam strategicznie planować aktywności medialne i uzyskiwać właściwe efekty.

7) Umiejętność pracy w zespole
Rzecznik to funkcja kojarząca się z „one man show”. To oczywiście ułuda. Na pozycję rzecznika pracuje cały zespół ludzi, często anonimowych. Rzecznik musi posiadać umiejętności motywowania ludzi, często kierowania nimi i koordynowania wielu procesów. Bez sprawnego zespołu rzecznik nigdy nie osiągnie sukcesu.

8) Odporność na stres o skrajnym natężeniu
Presja wywierana na rzecznika ze strony mediów i własnej organizacji jest ogromna. Często godzić musi sprzeczne interesy, jakie krzyżują się w jego miejscu pracy. Narażony ciągle na krytykę z dwóch stron. W połączeniu z psychofizycznym zmęczeniem daje to mieszankę wybuchową. Nie każdy potrafi ją znieść. Tempo pracy wielu rzeczników, to rytm sytuacji kryzysowej. Wskutek mediów 24 h tempo będzie się tylko zwiększać. Kwestię presji wywieranej na osobach odpowiedzialnych za informację i konsekwencji dla ich zdrowia i życia prywatnego doskonale opisuje George Stephanopoulos, były doradca prezydenta Clintona i rzecznik Białego Domu, w swojej książe „Cały Clinton”.

9) Wysoki poziom umiejętności organizacyjnych
90 proc.pracy rzecznika wykonywane jest na zapleczu. Z tego wynika potrzeba posiadania umiejętności organizacyjnych. Pisałem o tym, że rola rzecznika zmienia się. Nie jest on tubą. Jest organizatorem zaplecza informacyjnego swojej organizacji, a więc kreowania wydarzeń, ich realizowania, zbierania informacji, itd.

10) Pracowitość
Pracowitość to cecha wszystkich ludzi chcących osiągać sukces. Jednak nie ma nic gorszego niż rzecznik-leń. Każdy dziennikarz wie, co oznacza słowo rzecznika, który mówi, że oddzwoni w ciągu dwóch godzin, a później okazuje się, że przez kolejnych pięć nie odbiera telefonu. Czasami ze strachu, czasami z lenistwa, czasami z braku świadomości, że słowo jest bezcenne. Lenistwo jest w gruncie rzeczy symbolicznym brakiem słowności, bo godząc się na przyjęcie roli rzecznika, godzimy się na pracę jedną z bardziej wymagających. Wykonywanie jej wiąże się z akceptacją pracy przez praktycznie 7 dni w tygodniu, niemalże 24 h na dobę. To jeden z nielicznych tego rodzaju zawodów. Praca w niedzielę, w drugi dzień świąt, w dni, kiedy inni odpoczywają powinno być normalnością, jeżeli na poważnie podchodzimy do swoich obowiązków. Pracujemy w trybie, w którym pracują media (coraz częściej pracują non stop). Z tą różnicą, że dziennikarze na swoich dyżurach zmieniają się. Rzecznik jest jeden.

piątek, 16 października 2009

Rzecznicy są nam potrzebi dużo bardziej niż kiedykolwiek

Dowiedziałem się właśnie z Pressserwisu, że podczas wczorajszej dyskusji „Dialog PR” byli rzecznicy rządów, w tym Ryszard Miazek, Tomasz Tywonek, Michał Tober, stwierdzili, „[…] że w dzisiejszych czasach rzecznik rządu w ogóle nie jest potrzebny. Zmiany społeczne, rozwój technologiczny, zmiany, jakie zaszły w mediach, jak i w polityce sprawiły, że funkcja rzecznika rządu kompletnie się zdeprecjonowała – mówił Tomasz Tywonek. Według niego rzecznika może zastąpić sprawnie działające biuro prasowe”.

Zupełnie się z taką opinią nie zgadzam. Wczoraj pisałem, że role rzecznika poważnie się zmienia, ale nie oznacza to, że rzecznik jako funkcja jest zbędna. Jest dokładnie odwrotnie. Rzecznik jest dzisiaj potrzebny jak nigdy wcześniej. Za chwilę dojdziemy do sytuacji, w której każda osoba publiczna, czy to ze świata showbiznesu, czy polityki potrzebowała będzie doradcy i rzecznika, by skutecznie komunikować się ze światem. Rząd potrzebuje takiej funkcji wybitnie.

Przypomnę, że skuteczna komunikacja, to komunikacja spersonalizowana. W jaki sposób ma być ona realizowana przez enigmatyczne biuro prasowe? To tak, jakby firma lub rząd same mówiły. Często tak się dzieje w komunikacji, ale w sferze PR-u skuteczność osiąga się zupełnie inaczej.

Osobom twierdzącym, że funkcja rzecznika się wyczerpała, powiem tylko, jak w ogromnym skrócie wyglądał mój dzień jako rzecznika rządu:

godz. 6.00-6.30: przyjazd do pracy, analiza depesz agencyjnych, przegląd prasy, porannych pasków i przeglądu prasy w TVN24, Sygnały Dnia Polskiego Radia, TOK FM, rozmowa Moniki Olejnik w Radiu Zet, przewidywanie problemów dnia i pytań, które padną (90 proc.pytań można wysnuć z porannej analizy)

godz. 7.00-7.30: pierwsze telefoniczne rozmowy z dziennikarzami, wymiana opinii, briefowanie, co danego dnia jest ważne, odpowiadanie na pytanie (oficjalnie lub nie), głównie z TVN24, który pracuje w tym zakresie najszybciej i najwcześniej zaczyna

godz. 8.25: spotkanie z Szefem, ustalenie taktyk dnia

godz. 8.45-9.30: odprawa z kierownictwem Centrum Informacyjnego Rządu (CIR), ustalanie odpowiedzialności za dane tematy, koordynowanie ich z rzecnzikami ministerstw i urzędów

9.00-12.00: od kilkunastu do kiludziesięciu telefonów, większość z nich, to rozmowy z dziennikarzami, którzy zaczynają lub kończą kelegia redakcyjne

godz.12.00-17.00: przygotowanie, organizacja i realizacja wydarzeń medialnych (konferencje, briefingi, obsługa prasowa, wywiady), w tym samym czasie, odbieranie co najmniej kilkudziesięciu telefonów, smsów i e-maili od dziennikarzy, wypowiedzi dla stacji radiowych, TV, wywiady

godz. 17.00-19.00: lekki oddech, odbieranie telefonów od dziennikarzy kończących teksty i montowanie materiałów do wieczornych serwisów informacyjnych (co najmniej kilka rozmów), dzwoniących w celu potwierdzenia danych, stanowiska, skonfrontowania z innymi opiniami

godz.18.45-20.00: analiza wieczornych programów informacyjnych TV

godz.20.00-21.00: ocena wieczornych serwisów, wstępne planowanie następnego dnia

godz.21.00-23.00: spotkania wewnętrzne, ale często także spotkania z dziennikarzami pracującymi nad tematami dłuższymi i chcącymi zdobyć informacje.

Oczywiście każdy dzień był jakosciowo inny i każdy jest odrębną bitwą. Na jedno chcę jednak zwrócić uwagę. Rzecznik jest osobą, która znajdować powinna się w ciągłym kontakcie z dziennikarzami, informować oficjalnie lub off the record. Żadne biuro prasowe go nie zastąpi, a z pewnością nie w rządzie. Dlaczego? Bo polityka (ale przecież nie tylko) opiera się wybitnie na bliskim kontakcie z liderem, zmieniających się opiniach, często emocjach.

Dodatkowym tematem są wekendy i dni wolne pracy. Rzecznik ich nie ma. Jeżeli chcemy, żeby Szef i inni ministrowie mieli czas na wypoczynek, to rzecznik musi być aktywny właśnie wtedy. Jeżeli rzecznik nie prezentuje argumentów służących przyjętej przez rząd interpretacji, to bądźmy pewni, że argumenty te nie pojawią się lub będą wykoślawione w przekazach medialnych.

I właśnie dlatego, że nowe technologie zmieniają media, rola rzecznika staje się jeszcze ważniejsza. Rzecznik nie ma być przecież showmanem, półbogiem, ale skutecznym i budzącym zaufanie komunikatorem. Nie będzie jedynym. To oczywiste. Ze względu na funkcję i zaufanie będzie jednak bardzo ważnym komunikatorem. To on zarządzi kierunkiem komunikacji rządu lub innej organizacji danego dnia, tygodnia, miesiąca. Przypomnę, że PR opiera się na relacjach. Organizacja sama w sobie nie buduje relacji. Budować mogą je tylko konkretni ludzie.

W następnym wpisie zajmę się tematem cech i miękkich umiejętnosci, jakie posiadać powinien rzecznik prasowy.

czwartek, 15 października 2009

Po prostu rzecznik

Najwyższy czas zastanowić się nad zmianą nazwy i funkcji przypisywanych rzecznikowi prasowemu i wreszcie ją urealnić. Sama nazwa i jej powszechne rozumienie, będące tłumaczeniem z języka angielskiego, odpowiada w polskich warunkach tak bardzo rzeczywistości, jak ustawa Prawo prasowe z 1984 roku odzwierciedla współczesne media.

Realna praca rzecznika wykracza daleko poza horyzont zawodowych mediów.

Moja propozycja jest taka, aby osoby odpowiedzialne za politykę informacyjną nazywać po prostu rzecznikami. Składa się na to szereg czynników. Dwa, najważniejsze, z nich:

- Współczesny rzecznik prasowy komunikuje się z całym otoczeniem organizacji, nie tylko z dziennikarzami.
- Współczesny rzecznik prasowy, to osoba odpowiadająca za całe zaplecze informacyjne swojej organizacji i przełożonego. Nie tylko reprezentuje, ale przede wszystkim organizuje.

Pierwszy argument jest najpoważniejszy i rodzi najwięcej konsekwencji. Do tej pory od rzecznika wymagało się umiejętności budowania relacji z bardzo specyficzną grupą zawodową, jaką stanowią dziennikarze i osoby pełniące kierownicze funkcje w mediach. Tak go szkolono i tego wymagano. To się jednak zmienia w tempie kosmicznym. Rzecznik komunikuje się dzisiaj bezpośrednio nie tylko z dziennikarzami, ale też z klientami końcowymi i potencjalnymi, z wyborcami i odbiorcami usług. Pod tym względem rację ma Thomas Friedman, że świat się spłaszcza. Tego rodzaju relacje wymagają innych umiejętności. Rzecznik prasowy staje się rzecznikiem organizacji dla świata zewnętrznego. Odczuje to każdy rzecznik, którego telefon i adres e-mail dostępny będzie na stronie www, nie mówiąc o posiadaniu kont w serwisach społecznościowych.

Drugi argument też nie jest bez znaczenia. Rzecznicy prasowi nie są już wąskimi gardłami informacji swoich firm i pracodawców dla świata zewnętrznego. Dużo bardziej skupić muszą się na edukowaniu wewnętrznym, kierowaniu zespołami i projektami, czyli – mówiąc krótko – na organizowaniu ruchu informacji. Już dawno można zapomnieć o byciu jedynym źródłem informacji. Sztuką jest być skutecznym w tak dynamicznych warunkach pracy.

Czyli rzecznik, po prostu rzecznik…

środa, 14 października 2009

Donoszę, że Polska wciąż nie jest płaska

W ostatnich miesiącach, zmuszony sytuacją zdrowotną, dość często – w celach rehabilitacyjnych, jeżdżę do Kielc. Jazda samochodem sprzyja rozmyślaniom. Tym razem przyszły mi do głowy dwie refleksje. Pierwsza to taka, że polskie drogi jednak się zmieniają. Do Kielc, jak wiemy, jeździ się przed Radom. Odcinek do Radomia, który jeszcze dwa miesiące temu był katorgą dla kierowcy, wkutek trwającego tam ciągle remontu, teraz jest już prawie cały przejezdny i świetnej jakości. Warto powiedzieć, że przed remontami było tam oczywiście dużo gorzej. Ciągle jest jeszcze około 20 km zwężeń, ale całość robi naprawdę dobre wrażenie. Dużo gorzej jest na odcinku Radom-Kielce, choć sama obwodnica kielecka, również świeżo otwarta, też imponuje. Aż miło patrzeć jak nasze drogi się zmieniają. Lepiej wolno niż wcale…

Stwierdzam jednak również, że Polska nie jest jeszcze płaska, co – pisząc półżartem - przeczy tezie postawionej przez Thomasa Friedmana w książce „The World is flat” („Świat jest płaski”). Donoszę, że u nas świat nie jest jeszcze płaski. Przypomnę tylko, że Friedman, amerykański dziennikarz, zainspirowany swoją wizytą w Indiach, w Bangalore, dowodzi, że żyjemy w erze Globalizacji 3.0. Napędem Globalizacji 1.0 była siła państw, a świat wydawał się ogromny. Trwało to od odkrycia Ameryki przez Kolumba do około XIX wieku. Następnie kołem zamachowym zmian stały się wielkie korporacje, a świat – w postrzeganiu ludzi – nieco się zmniejszył. Okres ten nazywa Globalizacją 2.0. Od 2000 roku, masowego wykorzystania Internetu, mamy do czynienia z Globalizacją 3.0, w której świat jest płaski, bez hierarchicznych struktur determinujących rozwój jednych i spowalniający drugich. Autor upaja się rozwojem Indii, które wykorzystały rozwój technologii telekomunikacyjnych i stały się światową stolicą call centers i bardzo szeroko pojętego outsourcingu. Trzeba dodać dla świata anglojęzycznego. Wykorzystując niskie koszty pracy do przyciągnięcia inwestorów, w spłaszczającym się świecie, Indie zbudowały też swoją potęgę w obszarze innowacji, posiadając w Bangalor drugą Dolinę Krzemową. Tym razem, to do nich przyjeżdżają Amerykanie i Europejczycy, by uczyć się nowego podejścia do biznesu i nauki, a hindusi nie muszą już przeprowadzać się do US i innych krajów za chlebem. Szeroko pojęty outsourcing, to dobre określenie, bo z okazuje się, że outsorurcować można wszystko i wszystkich:
- osobiste zespoły asystentów przygotowujących prezentacje, zestawienia danych, dokumenty, pisma do podpisu (co ciekawe szef firmy niegdy osobiście nie poznaje swoich asystentów, komunikuje się z nimi tylko poprzez konferencje telefoniczne, videokonferencje, etc.);
- prawników;
- księgowych;
- lekarzy opisujących zdjęcia RTG, USG, tomografię i inne wyniki badań;

Poza outsourcingiem opisuje też zjawisko homesourcingu, czyli w skrócie rzecz ujmując wykorzystania własnych zasobów ludzkich poprzez system telepracy. Zamawianie produktów spożywczych, rezerwacja miejsc w restauracjach, kupowanie biletów lotniczych i innych może być obsługiwane przez pracowników z zupełnie innych miast. Silnie wykorzystywane w US do aktywizowania zawodowego osób starszych. Ale nie tylko osób starszych. Na ogół praca ta wykonywana jest w domu.

Wizja ta tak bardzo mi się spodobała, że sugerowałbym komuś stworzyć tego rodzaju rozwiązania dla lekarzy i rehabilitantów. Część pracy, ćwiczenia i zabiegi, musiałyby być wykonywane ficzycznie. To oczywiste. Jednak konsultacje pomiędzy zabiegami, ocena zdjęć, wyników badań, mogłaby się odbywać telefonicznie, po wcześniejszym umówieniu godziny takiej sesji. Czemu nie. Taka telefoniczna wizyta byłaby tańsza, krótsza, a ja mógłbym nieco rzadziej jeżdzić do Kielc i podziwiać jak zmienia się polski krajobraz drogowy.