Po tym jak Maciej Mazur w Faktach TVN, a następnie w podsumowaniu dnia w TVN 24 (+Szkło Kontaktowe) poruszył temat mikroblogów, zawrzało w społeczności mikroblogowiczów. I to do tego stopnia, że na Blipa ciężko było się zalogować. Administratorzy bardzo przytomnie (brawo za refleks) wywiesili komunikat, w którym witali wszystkich, a w szczególności widzów TVN, oraz informowali o przeciążeniu serwerów. Choć materiał telewizyjny mówił jedynie o punkcie widzenia polityków, to i tak jest istotnym krokiem w rozwoju mikroblogowania. Warto wrócić jednak do tematu, który pojawiał się już wielokrotnie, czyli zasięgu Blipa i opiniotwórczości Twittera. Pomimo tego, że Blip jest dużo popularniejszy w Polsce (ok. 5x), to w materiale eksponowany był głównie Twitter. Czyżby on był, za amerykańskim przykładem, ikoną mikroblogowania? Nawet ostatnie badania SMG/KRC wskazujące, że nie rozpoznajemy zachodnich serwisów społecznościowych (rozpoznawalność marki Twitter 2 proc.) można poddać w wątpienie. Jeden z dziennikarzy powiedział mi wczoraj, że badania z maja nie są podstawą do wysuwania jakichkolwiek wniosków, bo dynamika serwisów jest ogromna. To prawda. Prawdą jest też, że Twitter poprzez ciągłe cytowanie go w mediach posiada ogromny potencjał wzrostu. Nawet jeżeli tego jeszcze nie zauważamy. Krzysztof Urbanowicz pisze na swoim blogu o sile PR-owej (ekwiwalent finansowy pokrycia medialnego) Twittera w USA. Jak widać nie tylko w USA. Materiał TVN pokazuje, że dziennikarze w tym względzie kopiują amerykański schemat. Tam Twitter króluje, u nas jeszcze nie. Czy zakróluje wskutek takiego podejścia?
Uczciwie też trzeba przyznać, że po materiale blipowicze byli dłużej i bardziej aktywni w dyskusji o materiale telewizyjnego niż twitterowicze…:)))
piątek, 31 lipca 2009
czwartek, 30 lipca 2009
Pogłoski o śmierci Polski The Times...
Alert24, a za nim inne serwisy, poinformował dzisiaj o kolejnych zwolnieniach w tytule Polska The Times (Polskapresse), z czego wysnuto wniosek, że tytuł upada. Tak twierdzą anonimowi informatorzy... W takim wypadku trudno nie brać pod uwagę aspektu konkurencji, bo przecież Alert24 należy do Agory. Zwolnień dokonuje się dzisiaj też w samej Agorze, Rzeczpospolitej, Axlu, znamy sytuację łączenia Dziennika z Gazetą Prawną (oczekiwanie na zgodę UOKiK, raczej formalną), w telewizjach i innych mediach. Pytanie więc, czy rzeczywiście serwisy, które podały informację o zamknięciu Polski, mają na tyle sprawdzone informacje. W tzw. „Warszawie” nie jest wielką tajemnicą, że do Polski przejść mają duże nazwiska dziennikarskie związane dotąd z Dziennikiem. Pisały o tym równiez serwisy branżowe.
Mam nadzieję, że informacja o transeferach dziennikarzy jest dużo bliższa prawdy niż informacje o zamknięciu. Byłoby to wielka strata dla rynku. Konkurencja jest zawsze zjawiskiem pozytywnym. Byłaby to też ogromna strata z punktu widzenia obywatelskiego, bo regionalne i lokalne tytuły są potrzebne naszej ciągle młodej demokracji, jak powietrze potrzebne jest nam do życia. W przeciwnym razie będziemy mieli do czynienia z informacjami regionalnymi i lokalnymi całkowicie tworzonymi w centrali, opierającymi się na źródłach "warszawskich". W takich warunkach jej odbiorca postrzegany jest raczej jako klient niż jako czytelnik i obywatel. Tytuły te wpisane są w naszą tradycję, bliższe są codziennych spraw, które nas bolą lub cieszą…, bo chodnik jest zbyt długo remontowany, przedszkole nie dostało pieniędzy z gminy, rada chce przegłosować nowy plan zagospodarowania przestrzennego w naszej miejscowości, a uczniowie z naszej szkoły zostali nagrodzeniu w konkursie wojewódzkim.
Oby nie sprowadzało się to do rozwiązań, o których pisałem przy okazji książki Erica Klinenberga. Opisywał on zabicie lokalnego dziennikarstwa poprzez zastępowania radia mówionego radiem wyłącznie komputerowym, z jedną centralą pracująca dla bardzo wielu rozgłośni.
Jeżeli nie będziemy mieli gazet o silnym zakorzenieniu regionalnym, to zdani będziemy na lokalne gazety wydawane przez urzędy, czyli zależne w pełni od władzy. Podobne rozwiązania dotyczą też rynku radiowego, gdzie koncesje należą do władz samorządowych. O tyle to absurdalne, że radio o niezależności może w takim przypadku zapomnieć.
Dochodzi jeszcze aspekt jakości dziennikarstwa. Nawet jeżeli bardzo na nią dzisiaj narzekamy, to lepiej ją ulepszać, niż "zabić". A głosy żądające tego drugiego nie są tak znowu nieczęste wśród głoszących rewolucję w mediach. Trzymać więc trzeba kciuki za wydawnictwa, by, nie tracąc najakośći, potrafiły stawać się multimediami.
A może metodę na skuteczność i przetrwanie gazet papierowych, opisaną na blogu przez Marka Millera, prowadzącą przez niszowość, trzeba wprowadzać w zycie.
Mam nadzieję, że informacja o transeferach dziennikarzy jest dużo bliższa prawdy niż informacje o zamknięciu. Byłoby to wielka strata dla rynku. Konkurencja jest zawsze zjawiskiem pozytywnym. Byłaby to też ogromna strata z punktu widzenia obywatelskiego, bo regionalne i lokalne tytuły są potrzebne naszej ciągle młodej demokracji, jak powietrze potrzebne jest nam do życia. W przeciwnym razie będziemy mieli do czynienia z informacjami regionalnymi i lokalnymi całkowicie tworzonymi w centrali, opierającymi się na źródłach "warszawskich". W takich warunkach jej odbiorca postrzegany jest raczej jako klient niż jako czytelnik i obywatel. Tytuły te wpisane są w naszą tradycję, bliższe są codziennych spraw, które nas bolą lub cieszą…, bo chodnik jest zbyt długo remontowany, przedszkole nie dostało pieniędzy z gminy, rada chce przegłosować nowy plan zagospodarowania przestrzennego w naszej miejscowości, a uczniowie z naszej szkoły zostali nagrodzeniu w konkursie wojewódzkim.
Oby nie sprowadzało się to do rozwiązań, o których pisałem przy okazji książki Erica Klinenberga. Opisywał on zabicie lokalnego dziennikarstwa poprzez zastępowania radia mówionego radiem wyłącznie komputerowym, z jedną centralą pracująca dla bardzo wielu rozgłośni.
Jeżeli nie będziemy mieli gazet o silnym zakorzenieniu regionalnym, to zdani będziemy na lokalne gazety wydawane przez urzędy, czyli zależne w pełni od władzy. Podobne rozwiązania dotyczą też rynku radiowego, gdzie koncesje należą do władz samorządowych. O tyle to absurdalne, że radio o niezależności może w takim przypadku zapomnieć.
Dochodzi jeszcze aspekt jakości dziennikarstwa. Nawet jeżeli bardzo na nią dzisiaj narzekamy, to lepiej ją ulepszać, niż "zabić". A głosy żądające tego drugiego nie są tak znowu nieczęste wśród głoszących rewolucję w mediach. Trzymać więc trzeba kciuki za wydawnictwa, by, nie tracąc najakośći, potrafiły stawać się multimediami.
A może metodę na skuteczność i przetrwanie gazet papierowych, opisaną na blogu przez Marka Millera, prowadzącą przez niszowość, trzeba wprowadzać w zycie.
Etykiety:
dziennikarstwo lokalne,
Polska The Times,
prasa,
radio
środa, 29 lipca 2009
Agora i Twitter
Wpływ jednostki na historię :))
Megapanel PBI/Gemius pokazuje kolejny skok w górę Gazeta.pl, która zajmuje już szóstą pozycję. Trzeba uczciwie przyznać, że rozwoju internetu w Agorze nie można nie zauważyć.
Przypomnijmy sobie Agorę jeszcze 4 lata temu. Jedyne co mieli, to stronę internetową i rzeczywiście słynne archiwum tekstów. Dzisiaj to inny świat. Krzysztof Urbanowicz pisze na swoim blogu, że jednym z warunków przejścia z wydawnictwa prasowego do multimediów jest „znalezienie swojego Józefackiego”. Chodzi oczywiście o Tomasza Józefackiego, członka zarządu, od kilku lat związanego z Agorą (wcześniej The New York Times). Wprowadził też Agorę - jak dotąd jedyne polskie wydawnictwo - do dość elitarnego grona OPA Europe (Online Publishers Association), którym obecnie kieruje. No cóż, wpływ jednostek na historię jest znany. Swoją drogą, to ciekawe, że w OPA nie ma innych polskich grup. Miejmy nadzieję, że się tam w końcu znajdą, bo kluczem do niej jest wytwarzanie własnych treści online (nie tylko ich agregowanie), a na ich wartości zależy chyba wszystkim.
Twitter nieznany w Polsce
Ciekawe są też badania SMG/KRC, na które powołuje się dzisiaj Forsal (Tomasz Świderek) i Wirtualne Media. Otóż okazuje się, że aż 88 proc.internautów w Polsce korzysta z serwisów społeczenościowych. 19 proc. zamieszcza w sieci zdjęcia, 14 proc.komentuje, uczestniczy w forach. Potencjał bardzo duży. Jednocześnie okazuje się, że nie znamy zagranicznych portali społecznościowych i korzystamy wybitnie z naszych rodzimych (głównie Nasza Klasa, Grono). Znajomością marki Twitter wykazało się 2 proc. badanych internautów.
Rozumiem punkt widzenia Jacka Gadzinowskiego i Łukasza Kubiaka w temacie Blipa. Wydaje mi się jednak, że przyszłość Twittera jest mocno niedoceniana. Jego siłą jest ogromna globalna cytowalność. Awans do grona TOP 50 serwisów w USA będzie miał również swoje konsekwencje w jeszcze silniejszym rezonowaniu w mediach.
Megapanel PBI/Gemius pokazuje kolejny skok w górę Gazeta.pl, która zajmuje już szóstą pozycję. Trzeba uczciwie przyznać, że rozwoju internetu w Agorze nie można nie zauważyć.
Przypomnijmy sobie Agorę jeszcze 4 lata temu. Jedyne co mieli, to stronę internetową i rzeczywiście słynne archiwum tekstów. Dzisiaj to inny świat. Krzysztof Urbanowicz pisze na swoim blogu, że jednym z warunków przejścia z wydawnictwa prasowego do multimediów jest „znalezienie swojego Józefackiego”. Chodzi oczywiście o Tomasza Józefackiego, członka zarządu, od kilku lat związanego z Agorą (wcześniej The New York Times). Wprowadził też Agorę - jak dotąd jedyne polskie wydawnictwo - do dość elitarnego grona OPA Europe (Online Publishers Association), którym obecnie kieruje. No cóż, wpływ jednostek na historię jest znany. Swoją drogą, to ciekawe, że w OPA nie ma innych polskich grup. Miejmy nadzieję, że się tam w końcu znajdą, bo kluczem do niej jest wytwarzanie własnych treści online (nie tylko ich agregowanie), a na ich wartości zależy chyba wszystkim.
Twitter nieznany w Polsce
Ciekawe są też badania SMG/KRC, na które powołuje się dzisiaj Forsal (Tomasz Świderek) i Wirtualne Media. Otóż okazuje się, że aż 88 proc.internautów w Polsce korzysta z serwisów społeczenościowych. 19 proc. zamieszcza w sieci zdjęcia, 14 proc.komentuje, uczestniczy w forach. Potencjał bardzo duży. Jednocześnie okazuje się, że nie znamy zagranicznych portali społecznościowych i korzystamy wybitnie z naszych rodzimych (głównie Nasza Klasa, Grono). Znajomością marki Twitter wykazało się 2 proc. badanych internautów.
Rozumiem punkt widzenia Jacka Gadzinowskiego i Łukasza Kubiaka w temacie Blipa. Wydaje mi się jednak, że przyszłość Twittera jest mocno niedoceniana. Jego siłą jest ogromna globalna cytowalność. Awans do grona TOP 50 serwisów w USA będzie miał również swoje konsekwencje w jeszcze silniejszym rezonowaniu w mediach.
Etykiety:
Agora,
blip,
Internet,
nowe media,
twitter
poniedziałek, 27 lipca 2009
Specjalizacja w PR i wąskie gardła informacji
Po przeczytaniu komentarza Jacka Gadzinowskiego poczułem potrzebę dodania uwag w dwóch tematach:
- słabnącej kontroli nad przepływem informacji;
- problemie mentalnego przestawienia się PR-owców na multimedia.
Jacek pisze: „[…] jesteśmy świadkami przewrotu komunikacyjnego, gdzie coraz trudniej będzie można mieć kontrolę nad przepływem informacji”. Strzał w dziesiątkę. To spowoduje, że PR-owcy i ich klienci/szefowie będą musieli zaspokoić się mniejszym wpływem bezpośrednim na rozprzestrzenianie się informacji. Paradoksalnie jednak będzie to powodowało coraz większy popyt na PR-owców potrafiących fachowo czytać rzeczywistość i sprawnie zarządzać informacją. Poza tym rosnąć musi chyba rola specjalizacji w PR-ze. Coraz mniej będzie specjalistów od wszystkiego. Biorąc pod uwagę ciągle powiększającą się różnorodność otoczenia medialnego, każda kategoria mdiów wymaga dogłębnej wiedzy i doświadczeń, by móc się z nimi skutecznie komunikować. Tak więc w swoich zespołach będziemy musieli za chwilę zatrudniać – i to tylko w samych relacjach z mediami - fachowców od współpracy z prasą kolorową, serwisami społecznościowymi, gazetami internetowymi, prasą, radiem, telewizją, blogerami, i tak dalej i tak dalej. Każdy stanowi przecież odrębny kontynent, z własną kulturą i ekonomiką funkcjonowania.
Co do drugiej uwagi, czyli problemu mentalności PR-owców, to sądzę, że związane jest to przede wszystkim z faktem skupiania się w naszej pracy ciągle jeszcze na decydentach, osobach wpływowych, opiniotwórczych (mam tu na myśli chociażby zawodowych dziennikarzy, ekspertów, szefów w redakcjach, etc.). To oni stanowią wąskie gardła. Tego od nas wymagano i do takich ról nas przygotowywano. Żebyśmy nie wiem jak się tłumaczyli, to na koniec dnia, takie podejście decyduje przecież o sukcesie lub porażce. Jeszcze… Bo rzeczywiście w świecie, gdzie wyraźny podział na medium i na odbiorcę coraz bardziej się zaciera, każdy może być medium. Musimy uczyć się zatem, w jaki sposób komunikować się z aktywnymi odbiorcami. A to odrębna sztuka, którą przyswajamy każdego dnia. Do tego, co i jak robimy dzisiaj, dodać musimy nowe kompetencje. Z pewnością proste kopiowanie schematów myślenia ze „świata starego” do „nowego” jest komicznie nieskuteczne.
Ciekawy link udowadniający, że indywidualna osoba może konkurować dzisiaj z kongolemaratami medialnymi pod względem zasięgu:
http://news.cnet.com/8301-13860_3-10295265-56.html
- słabnącej kontroli nad przepływem informacji;
- problemie mentalnego przestawienia się PR-owców na multimedia.
Jacek pisze: „[…] jesteśmy świadkami przewrotu komunikacyjnego, gdzie coraz trudniej będzie można mieć kontrolę nad przepływem informacji”. Strzał w dziesiątkę. To spowoduje, że PR-owcy i ich klienci/szefowie będą musieli zaspokoić się mniejszym wpływem bezpośrednim na rozprzestrzenianie się informacji. Paradoksalnie jednak będzie to powodowało coraz większy popyt na PR-owców potrafiących fachowo czytać rzeczywistość i sprawnie zarządzać informacją. Poza tym rosnąć musi chyba rola specjalizacji w PR-ze. Coraz mniej będzie specjalistów od wszystkiego. Biorąc pod uwagę ciągle powiększającą się różnorodność otoczenia medialnego, każda kategoria mdiów wymaga dogłębnej wiedzy i doświadczeń, by móc się z nimi skutecznie komunikować. Tak więc w swoich zespołach będziemy musieli za chwilę zatrudniać – i to tylko w samych relacjach z mediami - fachowców od współpracy z prasą kolorową, serwisami społecznościowymi, gazetami internetowymi, prasą, radiem, telewizją, blogerami, i tak dalej i tak dalej. Każdy stanowi przecież odrębny kontynent, z własną kulturą i ekonomiką funkcjonowania.
Co do drugiej uwagi, czyli problemu mentalności PR-owców, to sądzę, że związane jest to przede wszystkim z faktem skupiania się w naszej pracy ciągle jeszcze na decydentach, osobach wpływowych, opiniotwórczych (mam tu na myśli chociażby zawodowych dziennikarzy, ekspertów, szefów w redakcjach, etc.). To oni stanowią wąskie gardła. Tego od nas wymagano i do takich ról nas przygotowywano. Żebyśmy nie wiem jak się tłumaczyli, to na koniec dnia, takie podejście decyduje przecież o sukcesie lub porażce. Jeszcze… Bo rzeczywiście w świecie, gdzie wyraźny podział na medium i na odbiorcę coraz bardziej się zaciera, każdy może być medium. Musimy uczyć się zatem, w jaki sposób komunikować się z aktywnymi odbiorcami. A to odrębna sztuka, którą przyswajamy każdego dnia. Do tego, co i jak robimy dzisiaj, dodać musimy nowe kompetencje. Z pewnością proste kopiowanie schematów myślenia ze „świata starego” do „nowego” jest komicznie nieskuteczne.
Ciekawy link udowadniający, że indywidualna osoba może konkurować dzisiaj z kongolemaratami medialnymi pod względem zasięgu:
http://news.cnet.com/8301-13860_3-10295265-56.html
piątek, 24 lipca 2009
Mikroblogi w kryzysie
Anna Miotk porusza na swoim blogu temat mikoroblogów
, a dokładnie Blipa podczas zamieszek i sporu o KDT. Stawia ciekawą tezę, że mikroblogi mogą służyć jako narzędzie śledzenia kryzysów, poprzez bardzo szybko tworzące się wokół danych problemów mikrospołeczności. Wiadomo, że podczas kryzysów (które same z siebie muszę przyznać lubię ze względu na potrzebę szybkiego podejmowania decyzji, jasnego przywództwa i adrenaliny) rośnie coraz bardziej rola monitorowania rozrastających się mediów. Monitoring to tylko niezbędny element do skutecznego reagowania. Przy dzisiejszym rozroście nowych mediów, w szczególności wszelkiego rodzaju serwisów UGC, tempo rezonowania informacji (w sczególności o charakterze negatywnym) i uniezależniania się tej informacji jest nieprawdopodobne. Co mam na myśli pisząc o uniezależnianiu się informacji? Otóż to, że tradycyjny łańcuch informacji opierał się na głównym źródle/głównych źródłach. W sytuaci dotarcia do głównych źródeł (głównie agencje lub inne media mainstreamowe) i zneutralizowania zagrożeń na ich poziomie występujące jako kolejne elementy lańcucha media same reagowały w podobnym kierunku (w dużym uproszczeniu). Dzisiaj każdy kolejny element tego lańcucha potrafi stanowić niezależną całość, która ciągle zmienia źródła swojej wiedzy, nie wspominając już o rozbudowywanej roli zbierania opinii (wyłącznie opinii) lub ich budowania. Przy założeniu dobrej organizacji pracy i pewnej sprawności w tradycyjnym modelu, który funkcjonował jeszcze do niedawna, sytuacje te były w większości do prawie całkowitego opanowania.
Straty wynikające z kryzysów (mam na myśli kryzysy medialne) są coraz większe i opanowywanie ich w takim samym stopniu jak do tej pory staje się prawie niemożliwe. Nowe czasy dają też nowe możliwości. Są ciekawsze, bo wymagają lepszego refleksu, jeszcze lepszej organizacji pracy i profesjonalizacji, bo wielu kryzysom medialnym nie da się już przeciwdziałać wykorzystując metody chałupnicze.
Być może mikroblogi nie stanowią jeszcze takiej siły opiniotwórczej (może wskutek zaznaczonego w blogu Ani podziału na polityków i dziennikarzy korzystających z mniej wpływowego zasięgowo Twittera, a reszta z Blipa), ale z pewnością zmierzają w tym kierunku. Dają z pewnością możliwość śledzenia bardzo szybko otrzymywanej informacji zwrotnej, wyciągania z tego wniosków, budowania argumentacji i podejmowania działań. Okazuje się również, że profesjonalny monitoring i mierzenie tego, co nas otacza nabiera również nowego wymiaru, a jego rola będzie rosła w tempie kosmicznym. Kiedyś mogliśmy opierać się chałupniczym monitoringu. Dzisiaj bez rozbudowanego, dobrze zmierzonego i dostarczanego natychmiast raportu, nie będziemy w stanie dotrzeć do wszystkich głównych komunikatorów w celu zenutralizowania zagrożeń.
Tak więc trzeba obserwować wykorzystywanie mikroblogów w kryzysie, bo w ciągle zmieniającym się otoczeniu, być może przyniosą one nowe instrumenty do zarządzania sytuacją kryzysową. I skrócą czas skutecznej reakcji do pojedyńczych minut.
, a dokładnie Blipa podczas zamieszek i sporu o KDT. Stawia ciekawą tezę, że mikroblogi mogą służyć jako narzędzie śledzenia kryzysów, poprzez bardzo szybko tworzące się wokół danych problemów mikrospołeczności. Wiadomo, że podczas kryzysów (które same z siebie muszę przyznać lubię ze względu na potrzebę szybkiego podejmowania decyzji, jasnego przywództwa i adrenaliny) rośnie coraz bardziej rola monitorowania rozrastających się mediów. Monitoring to tylko niezbędny element do skutecznego reagowania. Przy dzisiejszym rozroście nowych mediów, w szczególności wszelkiego rodzaju serwisów UGC, tempo rezonowania informacji (w sczególności o charakterze negatywnym) i uniezależniania się tej informacji jest nieprawdopodobne. Co mam na myśli pisząc o uniezależnianiu się informacji? Otóż to, że tradycyjny łańcuch informacji opierał się na głównym źródle/głównych źródłach. W sytuaci dotarcia do głównych źródeł (głównie agencje lub inne media mainstreamowe) i zneutralizowania zagrożeń na ich poziomie występujące jako kolejne elementy lańcucha media same reagowały w podobnym kierunku (w dużym uproszczeniu). Dzisiaj każdy kolejny element tego lańcucha potrafi stanowić niezależną całość, która ciągle zmienia źródła swojej wiedzy, nie wspominając już o rozbudowywanej roli zbierania opinii (wyłącznie opinii) lub ich budowania. Przy założeniu dobrej organizacji pracy i pewnej sprawności w tradycyjnym modelu, który funkcjonował jeszcze do niedawna, sytuacje te były w większości do prawie całkowitego opanowania.Straty wynikające z kryzysów (mam na myśli kryzysy medialne) są coraz większe i opanowywanie ich w takim samym stopniu jak do tej pory staje się prawie niemożliwe. Nowe czasy dają też nowe możliwości. Są ciekawsze, bo wymagają lepszego refleksu, jeszcze lepszej organizacji pracy i profesjonalizacji, bo wielu kryzysom medialnym nie da się już przeciwdziałać wykorzystując metody chałupnicze.
Być może mikroblogi nie stanowią jeszcze takiej siły opiniotwórczej (może wskutek zaznaczonego w blogu Ani podziału na polityków i dziennikarzy korzystających z mniej wpływowego zasięgowo Twittera, a reszta z Blipa), ale z pewnością zmierzają w tym kierunku. Dają z pewnością możliwość śledzenia bardzo szybko otrzymywanej informacji zwrotnej, wyciągania z tego wniosków, budowania argumentacji i podejmowania działań. Okazuje się również, że profesjonalny monitoring i mierzenie tego, co nas otacza nabiera również nowego wymiaru, a jego rola będzie rosła w tempie kosmicznym. Kiedyś mogliśmy opierać się chałupniczym monitoringu. Dzisiaj bez rozbudowanego, dobrze zmierzonego i dostarczanego natychmiast raportu, nie będziemy w stanie dotrzeć do wszystkich głównych komunikatorów w celu zenutralizowania zagrożeń.
Tak więc trzeba obserwować wykorzystywanie mikroblogów w kryzysie, bo w ciągle zmieniającym się otoczeniu, być może przyniosą one nowe instrumenty do zarządzania sytuacją kryzysową. I skrócą czas skutecznej reakcji do pojedyńczych minut.
Etykiety:
blip,
mikroblogi,
sytuacje kryzysowe,
twitter
czwartek, 23 lipca 2009
Twittermania
Twitter po raz pierwszy wszedł na listę 50.najczęściej odwiedzanych serwisów w Stanach Zjednoczonych. Zajął 46 pozycję z liczbą ponad 20 milionów unikalnych użytkowników miesięcznie. Autorzy raportu z Media Metrix przyznają, że takiego szybkiego przyrostu użytkowników dawno nie widziano. Jeszcze rok temu korzystało z niego mniej niż milion użytkowników. Wow ! Mam nieodparte wrażenie, że to kampania wyborcza w US stworzyła tę dynamikę.
środa, 22 lipca 2009
Granice kreatywności w PR-ze
Co prawda od finału tegorocznego konkursu KTR minęło kilka miesięcy (kwiecień), ale do krótkiego komentarza skłoniła mnie dyskusja przeprowadzona ze znajomym z branży PR. Dotyczyła ona – mówiąc górnolotnie – prawdy i manipulacji w PR-ze. Ponieważ zasiadałem w tym roku w jury konkursu KTR (za zaproszenie do którego jestem wdzięczny organizatorom z SAR i ZFPR), to przytoczyłem w dyskusji z owym znajomym sposób myślenia autorów niektórych prac konkursowych. Był on dla mnie pewnym nowym doświadczeniem. Zanim przejdę do rzeczy powiem tylko, że w pracach jury naprawdę warto było wziąć udział. Wspólne ocenianie prac i dyskusja między ludźmi zajmującymi się komunikacją marketingową a PR-em jest bardzo potrzebne. Te dwa style myślenia mogą się skutecznie uzupełniać, tak więc pomysłodawcom gratuluje.
Przechodzę jednak do rzeczy. Otóż w oczywisty sposób skupiałem się szczególnie na podkategorii „działania PR”. Pod tym względem nie było najlepiej. Jedna rzecz mnie w niej przeraziła. Na pierwszy rzut oka część prac wydawała się interesująca, nawet bardzo. Pokazane były efekty medialne w postaci przykładów relacjonowania przez dziennikarzy danych wydarzeń realizowanych w ramach kampanii. Jedną z ciekawszych prac stanowił projekt wprowadzenia na rynek szamponu Clear Diamond opierający się sprowadzeniu do Polski kolekcji największych diamentów wystawionych w Gdańsku. Informacja ta przedstawiana była w mediach jako istotne, ciekawostkowe wydarzenie, mówiły o niej nawet Wiadomości TVP (główne wydanie). Diamenty te następnie zostają skradzione, są świadkowie pokazywani w Internecie, a następnie organizatorzy sprowadzają do Polski detektywa z Wielkiej Brytanii, który ma wytropić złodziei. Ta część oczywiście sygnalizuje, że jest to pewna fantazja poetycka stojących za tym wszystkim PR-owców. Na koniec przedstawia się ten właściwy diament, którym jest…szampon :))) Okazuje się jednak, że również pierwsza część była fikcją, bo największe diamenty nie były wcale diamentami, tylko plastikową imitacją diamentów. Finalnie mamy więc do czynienia z podaniem nieprawdziwych informacji dziennikarzom i widzom, którzy za pośrednictwem mediów słuchali o wystawie.
Podobnych prac, opierających się na prowokacji i fikcji było więcej. W jednej z nich, agencji wprowadzającej nowy produkt do mierzenia efektywności komunikacji internetowej, chodziło o wywołanie prowokacji poprzez poinformowanie mediów (w komunikacie prasowym do mediów branżowych) na temat planowanej kampanii komunikującej „śmierć prasy w 2012 roku. Informacja przekazana przez media wywołała protest instytucji publicznych, a tym samym rezonowała medialnie. Na koniec okazało się, że była tylko prowokacją.
KTR jest oczywiście konkursem nagradzającym kreatywność. W PR-ze nie może ona jednak podawać nieprawdy. Zdaję sobie sprawę, że walczymy o interpretację, że przemilczamy niewygodne fakty, że walczymy z konkurencją, ale podstawą naszych działań jest prawda, fakty, wydarzenia, informacje, opinie, mające swoje osadzenie w rzeczywistości. Nawet jeżeli prawda jest niepełna, to jest ona gdzieś do odnalezienia. W tych przypadkach od początku do końca mieliśmy do czynienia z fikcją. PR z definicji opiera się na sprzeciwie wobec manipulacji, a więc celowym wprowadzaniu błąd. Jedną z najlepszych definicji PR odnajduję u Krystyny Wojcik: „PR jest świadomym, celowym, planowym, systematycznym i długoplanowym oddziaływaniem organizacji, władz, zrzeszeń na publiczność, zwaną otoczeniem, skierowanym na ukształtowanie z nią specyficznej jakości stosunków i układów przy użyciu komunikowania i pielęgnowania kontaktów jako jedynej, klasycznej metody, i podporządkowanie tych wpływów rygorom etycznym.” Dlatego takich projektów nie uznaję za prace PR-owe.
Ogarnia mnie większy strach, kiedy uświadomię sobie, że kampanie te zostały faktycznie zrealizowane, a więc tysiące ludzi się z nimi zetknęło. Podobnego zdania było kilku innych jurorów, mam więc nadzieję, że następnym razem podkategoria PR będzie bardziej rzeczywista niż fantazja autorów.
Na ich obronę mogę jednak powiedzieć, że z drugiej strony prace te pokazują realny problem nie tylko stanu PR-u, ale także – a niektórzy twierdzili, że przede wszystkim – polskich mediów. Po pierwsze informacje fikcyjne przesyłane dziennikarzom nie były w ogóle weryfikowane. A po drugie, ukazuje się tu jak na dłoni zjawisko konsumowania przez media wyłącznie informacji mających w sobie ładunek sensacji, konfliktu, wojny, czegoś dalekiego od normalności. Z informacjami realistycznymi, nawet podanymi w ciekawej formie, ciężko jest się przebić w wyścigu za kolejną wojenką.
Podbudowałem się jednak pracami w konkursie Young Creatives KTR, w którym uczestnicy konkursu otrzymali zadanie zaplanowanie działań związanych z Rokiem Chopinowskim w Warszawie. Młodzi PR-owcy wykazali się świetnym warsztatem pracy, umiejętnością myślenia metodycznego i strategicznego na poziomie wyższym niż wielu zawodowców. I to był bardzo pocieszający element konkursu.
Przechodzę jednak do rzeczy. Otóż w oczywisty sposób skupiałem się szczególnie na podkategorii „działania PR”. Pod tym względem nie było najlepiej. Jedna rzecz mnie w niej przeraziła. Na pierwszy rzut oka część prac wydawała się interesująca, nawet bardzo. Pokazane były efekty medialne w postaci przykładów relacjonowania przez dziennikarzy danych wydarzeń realizowanych w ramach kampanii. Jedną z ciekawszych prac stanowił projekt wprowadzenia na rynek szamponu Clear Diamond opierający się sprowadzeniu do Polski kolekcji największych diamentów wystawionych w Gdańsku. Informacja ta przedstawiana była w mediach jako istotne, ciekawostkowe wydarzenie, mówiły o niej nawet Wiadomości TVP (główne wydanie). Diamenty te następnie zostają skradzione, są świadkowie pokazywani w Internecie, a następnie organizatorzy sprowadzają do Polski detektywa z Wielkiej Brytanii, który ma wytropić złodziei. Ta część oczywiście sygnalizuje, że jest to pewna fantazja poetycka stojących za tym wszystkim PR-owców. Na koniec przedstawia się ten właściwy diament, którym jest…szampon :))) Okazuje się jednak, że również pierwsza część była fikcją, bo największe diamenty nie były wcale diamentami, tylko plastikową imitacją diamentów. Finalnie mamy więc do czynienia z podaniem nieprawdziwych informacji dziennikarzom i widzom, którzy za pośrednictwem mediów słuchali o wystawie.
Podobnych prac, opierających się na prowokacji i fikcji było więcej. W jednej z nich, agencji wprowadzającej nowy produkt do mierzenia efektywności komunikacji internetowej, chodziło o wywołanie prowokacji poprzez poinformowanie mediów (w komunikacie prasowym do mediów branżowych) na temat planowanej kampanii komunikującej „śmierć prasy w 2012 roku. Informacja przekazana przez media wywołała protest instytucji publicznych, a tym samym rezonowała medialnie. Na koniec okazało się, że była tylko prowokacją.
KTR jest oczywiście konkursem nagradzającym kreatywność. W PR-ze nie może ona jednak podawać nieprawdy. Zdaję sobie sprawę, że walczymy o interpretację, że przemilczamy niewygodne fakty, że walczymy z konkurencją, ale podstawą naszych działań jest prawda, fakty, wydarzenia, informacje, opinie, mające swoje osadzenie w rzeczywistości. Nawet jeżeli prawda jest niepełna, to jest ona gdzieś do odnalezienia. W tych przypadkach od początku do końca mieliśmy do czynienia z fikcją. PR z definicji opiera się na sprzeciwie wobec manipulacji, a więc celowym wprowadzaniu błąd. Jedną z najlepszych definicji PR odnajduję u Krystyny Wojcik: „PR jest świadomym, celowym, planowym, systematycznym i długoplanowym oddziaływaniem organizacji, władz, zrzeszeń na publiczność, zwaną otoczeniem, skierowanym na ukształtowanie z nią specyficznej jakości stosunków i układów przy użyciu komunikowania i pielęgnowania kontaktów jako jedynej, klasycznej metody, i podporządkowanie tych wpływów rygorom etycznym.” Dlatego takich projektów nie uznaję za prace PR-owe.
Ogarnia mnie większy strach, kiedy uświadomię sobie, że kampanie te zostały faktycznie zrealizowane, a więc tysiące ludzi się z nimi zetknęło. Podobnego zdania było kilku innych jurorów, mam więc nadzieję, że następnym razem podkategoria PR będzie bardziej rzeczywista niż fantazja autorów.
Na ich obronę mogę jednak powiedzieć, że z drugiej strony prace te pokazują realny problem nie tylko stanu PR-u, ale także – a niektórzy twierdzili, że przede wszystkim – polskich mediów. Po pierwsze informacje fikcyjne przesyłane dziennikarzom nie były w ogóle weryfikowane. A po drugie, ukazuje się tu jak na dłoni zjawisko konsumowania przez media wyłącznie informacji mających w sobie ładunek sensacji, konfliktu, wojny, czegoś dalekiego od normalności. Z informacjami realistycznymi, nawet podanymi w ciekawej formie, ciężko jest się przebić w wyścigu za kolejną wojenką.
Podbudowałem się jednak pracami w konkursie Young Creatives KTR, w którym uczestnicy konkursu otrzymali zadanie zaplanowanie działań związanych z Rokiem Chopinowskim w Warszawie. Młodzi PR-owcy wykazali się świetnym warsztatem pracy, umiejętnością myślenia metodycznego i strategicznego na poziomie wyższym niż wielu zawodowców. I to był bardzo pocieszający element konkursu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)